Recenzja „Victor Frankenstein”

Może nawet nie zauważyliście, ale klasyczne potwory Universalu mają zdobyć kina i stworzyć wspólne uniwersum na wzór superbohaterów Marvela. Na razie to jednak tylko ułudne nadzieje producentów. Widzowie nie przyjęli ciepło ani „Dracula Historia Nieznana”, ani „Ja, Frankenstein”. Jak na ironię i nasze nieszczęście, temat nadnaturalnych monstrów można wskrzeszać do porzygu. Stąd po raz milionowy otrzymujemy doskonale znaną historię, tym razem okraszoną tytułem „Victor Frankenstein”.

„Poznaj genezę potwora” – głosi napis na plakacie. Poważnie? Chyba większość kinomaniaków i osób zainteresowanych współczesną popkulturą ma mniejsze lub większe pojęcie na ten temat. Wyobraźcie sobie teraz, że w „Batman v Superman” zamiast półtorej minuty poświęcono półtorej godziny na wyjaśnienie tego, jak Bruce Wayne stał się Batmanem? Nie brzmi najlepiej, prawda? I to nawet niezależnie od tego, jak dobrze by to ukazano, nikt nie chce wielokrotnie oglądać tego samego. Prawda, że w „The Amazing Spider-man” wujek Ben ginie inaczej niż w filmie Raimiego, ale pokazanie tego samego z odmiennej perspektywy czasami nie wystarcza.

Tutaj przyjmujemy punkt widzenia Harry’ego Pottera. Czym „Victor Frankenstein” miał widzów zaskoczyć? Ano faktem, iż zacny doktor przy swoim przełomowym eksperymencie korzystał z pomocy zmyślnego dżentelmena o przydomku Igor. Nie wydaje się to alteracja na tyle istotna, by na jej barkach budować całą nową interpretację. Film to w stu procentach udowadnia. Choć z bólem serca trzeba przyznać, iż rozpoczął się wybornie. Efektowna scena ucieczki z cyrku, a następnie gwałtowna amputacja garbu dały złudzenie, iż produkcja przy swojej wtórności odznaczy się przynajmniej wysoką dynamiką. Nic z tych rzeczy. W pierwszych piętnastu minutach filmu dzieje się więcej niż przez kolejną godzinę.

Całość też w 110 minut dochodzi zaledwie do momentu stworzenia potwora, podczas gdy wersja Kennetha Branagha w minimalnie dłuższym czasie zdążyła opowiedzieć o powołania do życia monstrum Frankensteina, jego zemście i znalezieniu sobie narzeczonej. Scenariusz rozwleczono ponad wszelką miarę przyzwoitości. Zabrakło w nim zresztą fantazji. Wizualnie cała przedstawiona mechanika naukowa przezentuje się nijako, a cyfrowe efekty specjalne nie wyglądają tak intrygująco jak praktyczne.

Aczkolwiek w całym tym morzu marności dwójka głównych aktorów udowadnia klasę. Bezapelacyjnie Daniel Radcliffe i James McAvoy się postarali. Dynamika ich wspólnych kontaktów, rozmów i dysput napędza cały film, nawet mimo tego, że scenariusz nie daje im żadnego materiału, z którym mogą się zmierzyć. Odtwórca Victora Frankensteina odznacza się wielką energią oraz pasją, we wszystkim, co robi i momentalnie przekonuje do siebie widza, nawet jak jego czyny są dość moralnie niejednoznaczne. Podobnie rzez się ma z większością obsady. Znane ze „Spectre” Andrew Scott wykonuje kawał intrygującej roboty, tylko nikomu niepotrzebnej, bo jego wątek ostatecznie jedynie hamuje główny temat fabularny oraz do niczego nie prowadzi. Bardziej udowadnia, że twórcy nie mogli się zdecydować, czy tworzyć poważny dramat, czy radosne kino rozrywkowe.

Tym nie mniej, jeśli jest ktoś, komu nazwisko „Frankenstein” nic nie mówi, to może śmiało sięgnąć po film i nawet nieźle na nim się bawić. Mimo wszystko, można założyć, iż większość kinomanów jakąś produkcję z tą postacią już widziała i jest zapoznana z ogólnym rysem jej losów. Stąd podczas seansu dobrze wiadomo, co dzieje się w laboratorium w piwnicy oraz że finalnie doktor mimo wszystko ożywi człowieka (o nie, spoiler roku). Przez ten właśnie aspekt kulturowego zmęczenia materiału tak naprawdę „Victor Frankenstein” jest filmem kiepskim, bo gdyby analizować go w sterylnych warunkach całkowitej autonomiczności i idealnego świata pełnego oryginalnych filmów, ocena wypadała by pozytywnie. Niestety, w przeciągu ostatnich kilku lat nakręcono wiele ciekawszych wariacji na temat powieści Mary Shelley i to z nimi polecam się zapoznać.

Za seans dziękujemy: 

Dziennikarz

Miłośnik prawdziwego kina, a nie tych artystycznych bzdur.
Jeśli masz ciekawy temat do opisania, pisz tutaj - [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?

Dbamy o Państwa prywatność.

Państwa dane są u nas bezpieczne, a szczegółowe informacje w zakresie bezpieczeństwa danych osobowych w Movies Room mogą Państwo w każdej chwili uzyskać na stronie Dane Osobowe.

Administratorem danych jest Movies Room Tomasz Rewers z siedzibą w Tarnowskich Górach, ul. Radosna 23, 42-600. Państwa dane będą przetwarzane w zarejestrowania Państwa w portalu (art. 6 ust. 1 lit b) RODO), prowadzenia badań statystycznych w celu usprawnienia działania portalu (art. 6 ust. 1 lit f) RODO) a także kontaktu na życzenie osoby, w tym wysyłania treści informacyjnych oraz o charakterze handlowym, wyłącznie za Państwa zgodą (art. 6 ust. 1 lit a) RODO).

Dane osobowe będą przetwarzane do usunięcia przez Państwa konta na naszym portalu. Odbiorcą Państwa danych będą pracownicy administratora odpowiedzialni za kontakt oraz podmioty zewnętrzne świadczące dla nas usługi takie jak outsourcing usług księgowych oraz IT. Podanie danych jest dobrowolne, ale niezbędne do udzielenia informacji. Przysługuje Państwu prawo dostępu do swoich danych i do ich sprostowania, ograniczenia przetwarzania danych osobowych lub do ich usunięcia oraz prawo sprzeciwu wobec przetwarzania danych. W przypadku naruszenia zasad przetwarzania danych, Wykonawcy przysługuje prawo wniesienia skargi do Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

Zrozumiałem/-am