Bracia Lumière – recenzja filmu o dwóch takich, którzy przynieśli światło!

Przed kinematografem wynaleziono wiele urządzeń, po nim – już żadnego.

Tymi słowami powinienem w zasadzie tę recenzję zakończyć, ale – na wzór braci Lumière w filmie Wyburzanie muru – zastosuję kontrolowane gapiostwo i rozpocznę projekcję od tyłu. Projekcję recenzji oczywiście. Bo czy jakikolwiek inny cytat mógłby w tym momencie opisać jedyną prawdziwą miłość kinofila? Wątpię. A że miłość ta silna jest i sytuuje się po właściwej stronie piersi, udowadnia nam świeżo co wypuszczony do naszych kin dokument Bracia Lumière. Produkcja Thierry’ego Frémaux, którą sam twórca zresztą zmontował i okrasił stosownym komentarzem z offu, to bowiem nic innego jak jeden wielki pamflet pochwalny na cześć wynalazców X Muzy, skomponowany w dodatku przy wydatnym udziale ich własnej twórczości. Tu żadne słowo nie jest więc rzucane na wiatr, a każde założenie znajduje swoje odzwierciedlenie na ekranie. Co to oznacza dla nas, widzów? A to, że przez 1,5 godziny zatracimy się bez reszty w doświadczaniu czystej, niczym nieskalanej i pierwotnej formy filmu.

https://www.youtube.com/watch?v=PI_Rxa0YFWg

Nie oznacza to oczywiście, że twórcy zaserwowali nam seans oryginalnych kopii trzymanych gdzieś po piwnicach Instytutu imienia braci Lumière. Co to, to nie! Mamy tu bowiem do czynienia z 11-częściową minisagą (+ epilog), wydzieloną ze względu na tematykę podejmowaną przez każdy ze 108 zachowanych (i perfekcyjnie odrestaurowanych) filmów tych, którzy strollowali Edisona. Przygodę rozpoczynamy więc od obserwacji oraz penetracji mieszkańców Lyonu (słynne Wyjście robotników z fabryki) oraz członków rodziny ojców założycieli, a kończymy na eksperymentach ze światłocieniem przy uwiecznianiu na 35 mm taśmie celuloidowej rybek w akwarium. Spectrum – jak zatem widać – dość szerokie, ale przechodzimy przez nie bezboleśnie, prowadzeni głosem Frémaux, który z pasją godną pierwszych filmowców przybliża nam niuanse prezentowanych kadrów. Wszystko to zwieńczone zostaje dodatkowo niezwykle klimatyczną muzyką Camille Saint-Saëns’a, słynnego francuskiego kompozytora tworzącego w duchu romantyzmu. Jak więc widzicie, nic tu nie jest dziełem przypadku.

https://www.youtube.com/watch?v=YXD56XL4R80

Wydźwięk całości jest natomiast jeden – tak jak Metallica skończyła się na Kill ’Em All, tak kino skończyło się na braciach Lumière. Co bowiem łączy Yasujirō Ozu, Akirę Kurosawę, Luchino Viscontiego, Johna Forda i Jamesa Camerona? A no to, że wszystkie te legendy, które współcześnie stawia się za wzór do naśladowania, opierały się na technice oraz metodyce opracowanej przez światłe rodzeństwo. Jest dokładnie tak, jak w przytoczonym we wstępie cytacie – nikt już niczego po filmach Augusta i Louisa nie wymyślił. Sposób kadrowania, kompozycja kadru, typowo filmowa perspektywa, głębia obrazu to wszystko wynalazki odkryte i opatentowane przez kino na przełomie XIX i XX wieku, po czym każde następne „odkrycie” było tylko i wyłącznie modyfikacją do sprawdzonego schematu. Śmiała teza, ale u jej podstaw leży słuszne przekonanie o ciągłości i jednorodności filmu jako dziedziny sztuki. Innymi słowy, magia kina nie zna granic czasowych, a film powstały w 1895 roku ma taką samą siłę oddziaływania jak ten z 2017.

https://www.youtube.com/watch?v=1dgLEDdFddk

Czy ta – mimo wszystko – subiektywizacja narracji wpływa na odbiór treści i prezentowanych wniosków? Bynajmniej. Bo choć rzeczywiście Frémaux niejako pominął kontekst stricte historyczny, a o tak ważnych wydarzeniach w kontekście zaistnienia kinematografu, jak konflikt z Edisonem czy malarski impresjonizm, zająknął się tylko parę razy (i to tylko przy okazji). Mimo to, cel swój zrealizował w stu procentach, a było nim stworzenie filmu od kinofila dla kinofila. Wzbudzenie podświadomych emocji i wrażeń wynikających z obcowania z najczystszą formą kinowej prezencji. Frémaux dyskutuje z widzem, przedstawia mu swój punkt widzenia bez zbędnych i fikuśnych słówek. To nie profesorski wywód, a dysputa podobna do tych, jakie w latach 60. prowadziło się w rozpropagowanych przez francuską nową falę klubach filmowych. To implikuje, oczywiście, wysoki próg wejścia dla osób niezaznajomionych ze wszelkimi kontekstami epoki, tylko że… Frémaux w ogóle się tym nie przejmuje. Bo to miał być film od kinofila dla kinofila. I pamiętajcie, że kino skończyło się na Kill ’Em All… Cholera, coś mi się pokręciło…

Ilustracja wprowadzenia: kadr z filmu Wyjście robotników z fabryki

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Warning: Use of undefined constant php - assumed 'php' (this will throw an Error in a future version of PHP) in /home/klient.dhosting.pl/moviesroom/moviesroom.dkonto.pl/public_html/wp-content/themes/moviesroom/single.php on line 209

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?