Recenzja filmu Przyjaźń czy kochanie? – ekranizacji powieści Jane Austen

W masowej świadomości Jane Austen (prawdopodobnie za sprawą popularnych ekranizacji Dumy i uprzedzenia) jawi się jako autorka związana z klasycznymi romansami. Nudnymi historiami o wielkiej miłości pokonującej wszelkie przeciwnościami losu. Jest to jednak przekonanie dość krzywdzące. Owszem, brytyjska autorka po wątki miłosne sięgała często, lecz w jej powieściach zawsze sporo było podważania, czy wręcz kpin z romantycznych ideałów. Nowy film na podstawie mniej znanego utworu Austen (za scenariuszową podstawę posłużyła powieść, pt. Lady Susan) doskonale przypomina o tej bardziej zadziornej i humorystycznej stronie autorki. O literaturze jednak dość. Tym bardziej, że Przyjaźń czy kochanie? to film naprawdę udany. Film, który przywraca mocno nadszarpniętą wiarę w poziom anglosaskiej komedii.

Centralną postacią opowiadanej historii jest Lady Susan – zubożała wdowa po pewnym brytyjskim arystokracie i niezrównana intrygantka. Po śmierci męża bohaterka znajduje się w trudnej sytuacji finansowej i odwiedza rodzinę na prowincji (co przy okazji pozwala jej przeczekać plotki o złym prowadzeniu się). Jej życie dominuje wtedy jeden nadrzędny cel – znalezienie odpowiednio sytuowanego męża dla swojej córki. Jednak nie będzie to takie łatwe, bowiem krnąbrna latorośl nie za bardzo ma ochotę aby wyjść za majętnego acz średnio rozgarniętego Sir Jamesa (jak mówią bohaterowie: Nie byłby z niego Salomon). Sprawy nie ułatwia też fakt, że główna bohaterka to typowa flirciara i manipulantka rozstawiająca swoje sidła na niczego nie świadomego Reginalda – kuzyna jej tragicznie zmarłego męża. Oczywiście jest to nie w smak szacownej rodzinie młodego chłopaka. Cóż że jednak znaczą zjednoczone rodzinne siły wobec tak przebiegłego, znającego ludzką naturę i konwenanse umysłu jak Lady Susan? W gąszczu intryg, jednak nawet ona gdzieś po drodze się na chwilę zagubi, a przy okazji odkryje (ale tylko na chwilę) bardziej ludzką stronę natury.

Odpowiedzialny za film jest, raczej średnio znany szerszej publiczności, Whit Stillman. Nie tylko wyreżyserował film, ale również napisał doń scenariusz. I to właśnie za tę scenopisarską robotę należy mu się co najmniej dobre piwo (ewentualnie cała cysterna). Stillman dokonał rzeczy niełatwej, bowiem udało mu się zamienić bazową powieść epistolarną na znakomitą podstawę filmu opartego na dialogach. A te w Przyjaźń czy kochanie po prostu iskrzą od inteligentnego i ostrego jak brzytwa humoru – zarówno słownego jak i sytuacyjnego. Udało się też zbudować całą gamę barwnych postaci. Błyszczy przede wszystkim Lady Susan. Bohaterka bezwzględnie wykorzystuje ludzi i otoczenie, w którym się obraca. Choć sama mniej zamożna wie jakie ograniczenia niesie ze sobą arystokratyczna etykieta, wie jakie pozy przyjmować i w błysk rozpoznaje słabe punkty ludzkiej natury i je wykorzystuje. Jednocześnie niemal żaden skandal nie jest w stanie jej zagrozić. Można powiedzieć, że kiedy Susan ma już pętlę na szyi udaje jej się wszystkich naokoło przekonać, że to jedynie naszyjnik. Przez cały niemal film na przemian podziwiamy jej przebiegłość i potępiamy jednocześnie posunięty do granic cynizm (Lady Susan nie waha się instrumentalnego wykorzystać nawet własnej córki!!). Oczywiście całość nie byłaby nawet w połowie tak zabawna gdyby nie postaci drugoplanowe, które główna bohaterka może z gracją rozstawiać po kątach. Przodują tutaj głównie panowie – oderwani od rodzinnych problemów, naiwni i będący najłatwiejszym obiektem manipulacji.

Stillman jako reżyser nie jest już tak wprawny jak przy pracy nad tekstem, ale to wciąż solidny rzemieślnik. Zresztą, w gruncie rzeczy nastawiona na rozrywkę (inteligentną ale jednak) konwencja nie wymaga tego aby wyważać otwarte drzwi. Przyjaźń czy kochanie? ma odpowiednie tempo podkręcane kolejnymi zwrotami akcji, a sytuacyjne żarty wybrzmiewają tak jak powinny. Odpowiedni nastrój epoki buduje barokowa muzyka i elegancka scenografia. Najciekawszym zabiegiem jest tutaj forma przedstawiania kolejnych bohaterów zaczerpnięta jakby żywcem z dramatu. Poszczególne postaci pojawiają się w kadrze z odpowiednim, zabarwionym ironią podpisem. Resztę roboty odwalają dobrze dobrani aktorzy o nieopatrzonych twarzach. W filmie Stillmana nie zobaczymy gwiazd. Zamiast tego postawiono na wykonawców (nie)znanych z peryferiów Hollywood. Największym zaskoczeniem jest tu chyba Kate Beckinsale wcielająca się w główną rolę. Aktorka pokazuje, że poza seryjnym mordowaniem Lykanów, może się pochwalić bardzo solidnym zawodowym warsztatem. Dzięki niej udaje się na ekranie uzyskać efekt dla odgrywanej postaci (i całego filmu) najistotniejszy – Lady Susan wciąż będziemy lubić i nie lubić jednocześnie. Na drugim planie wyróżnia się przede wszystkim Tom Bennett jako, będący największym źródłem humoru, Sir James. Gwarantuję Wam, że niemal każde pojawienie się tej postaci pozwoli Wam na ostry trening mięśni brzucha.

Za Przyjaźń czy kochanie? przemawia też przewrotny kontekst kondycji kina komediowego w ogóle. No bo czy to nie ironiczne, że jedna z najlepszych komedii tego roku (a może i nawet więcej niż jednego) bazuje (i to bez większych istotnych zmian konwencji!) na powieści już ponad 200-letniej? W czasach kiedy komediowa inwencja twórców wciąż puka w dno od spodu to właśnie powrót do eleganckiej klasyki jest niczym powiew świeżego powietrza w pokoju zatęchłym od smrodu żartów na temat ludzkich wydzielin. Choć dzieło Stillmana nie jest to filmem w żadnej mierze wybitnym to życzyłbym sobie i Wam, drodzy czytelnicy, więcej takiej właśnie rozrywki w kinach.

źródło ilustracji wprowadzenia: materiały prasowe

Dziennikarz

Redakcyjny hipster. Domorosły krytyk filmowy, fan mieszaniny stylistyk i kreatywnego kiczu. Tępiciel amerykańskiego patosu i polskich kom-romów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?