Gwiazdozbiór psa – recenzja filmu Ridleya Scotta! Zacznijcie od siebie

Łukasz Kołakowski, 1 września 2026

Znowu w kinowym obiegu debiutuje film Ridleya Scotta, więc znowu, parafrazując legendarnych hirołsów, populacja wywiadów z reżyserem zwiększa się. Złotousty twórca  rzuci kilka ciekawych spostrzeżeń, kolejny raz podkarmi swoje ego i jednocześnie da kilka chwytliwych nagłówków, z których dziennikarze skrzętnie skorzystają. To nie zmieni się zapewne do końca jego życia — zarówno twórczego, jak i tego właściwego. Cykl promocyjny filmów, ile ich jeszcze by nie było, zapewne też będzie wyglądać podobnie. Tylko te filmy stoją tak jakoś w opozycji.

Gwiazdozbiór psa, czyli thriller postapo, w którym kolejny tajemniczy wirus zdziesiątkował ludzkość, jest świetnym przykładem. Film wygląda bowiem w dużej mierze jak coś, co sam Ridley, jeszcze z czasów Thelmy & Louise czy innego momentu kariery, w którym buntowniczy był nie tylko przed kamerą w wywiadach, ale też za nią podczas zdjęć, wyśmiałby za sztampę, ckliwość i pewnie kilka innych, niezbyt wyszukanych rozwiązań. Najgorsze jest jednak to, że w tej historii widać pole manewru. Są momenty, które w rękach kogoś z większą werwą i bardziej otwartym na nowe pomysły umysłem mogłyby wcisnąć tę historię na odpowiednie tory.

O wirusie wiemy niewiele, chociaż najważniejszym i niepodważalnym faktem jest to, że niejaki Hig go przeżył. W dodatku cały czas w swej apokaliptycznej tułaczce, ma towarzysza w postaci psa oraz sprawny samolot. Co prawda jest to dość stara Cessna, ale na bezrybiu to sami wiecie. Staje się nieoceniona, jeśli trzeba zrobić nieco dalsze niż piesze zwiady i patrole.

Zaczyna się to więc niewinnie i dość leniwie. Kolejne opuszczone tereny, kolejne bezkresne i ciche krajobrazy. Na początku jest nudno, jednak filmowi udaje się złapać moment, w którym i my trochę łapiemy to flow. Dla bohaterów tego, jak i każdego innego postapo najlepiej przecież byłoby, gdyby taki nudny żywot mogli prowadzić. Żeby zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb nie musiało się wiązać za każdym razem z konkretną walką o przetrwanie. Niestety, dla bohaterów i dla widzów nieuniknione są czasy, w których zaczyna.

Po tym początku coraz częściej przychodzi mięso, a za nim coraz bardziej wychodzą na wierzch wszystkie niedostatki. Klimat zanika, ustępując miejsca tym momentom, w których scenariusz Gwiazdozbioru psa próbuje nam coś powiedzieć. Smrodek sztampy zaczyna unosić się już w momencie, gdy Hig podejmuje decyzję o szukaniu, mimo braku jakichkolwiek przesłanek na jej temat, Idylli w niejakim Grand Junction. Nie wiem, czy wirus spustoszył w tym filmie świat, w którym nikt nigdy nie napisał ani nie przeczytał porządnego postapo. Hig powinien przecież wiedzieć, że przed wyruszeniem w drogę może i trudno będzie zebrać drużynę, ale żeby z podróży do niejakiego Grand Junction uczynić cel egzystencji, wypadałoby mieć lepszy powód niż to, że raz ktoś odezwał się stamtąd przez radio. Mimo to leci, rozpoczynając bieg przez pozostałe zgrane klisze typowych filmów o końcu świata.

Film Scotta jest niestety nieporadny na trzech płaszczyznach. Pierwsza to zbudowanie relacji z głównym bohaterem. Jak rozumiem zarówno z emocjonalnego backgroundu, jak i straty widocznej już później na ekranie, powinniśmy współczuć mu z powodu wszystkich nieszczęść, jakie napotkał na swojej drodze. Jacob Elordi, wcielający się w postać Higa, nie ma jednak czasu, aby jakkolwiek otworzyć przed nami swoją postać. Rozumiemy, że mu źle, wyłącznie na tym jest budowany. Traumatyczna przeszłość i pies to wszystko, co ma. Gorzej, że my jako widzowie też.

Nie działa też akcja. Sceny, w których ma się coś dziać, są robione na jednym schemacie, rażą brakiem dramaturgii i inscenizacyjnych pomysłów. Finał każdej jest taki sam, a zagrożenie, choć teoretycznie bardzo duże, nigdy nie doprowadza do konieczności choćby złapania delikatnie głębszego oddechu. Dodatkową ich bolączką jest skrajna anonimowość każdego kolejnego zagrożenia. Jasne, nie zawsze powinno się wymagać, aby scenariusz zdradzał nam, co czyha za rogiem. Może to być jednak element, który doda jakieś punkciki do kreacji świata przedstawionego. Tutaj ten świat zdaje się reklamować wyłącznie sam.

Najgorzej dzieje się jednak w samej warstwie fabularnej. Tym razem nie jestem po książkowym pierwowzorze, trudno jest więc porównać mi te dwa teksty kultury. Zastanawiam się jednak, czy to już w powieści leżał problem, czy to Ridley tak bardzo ogołocił ten świat z interesujących wydarzeń. Zbyt często dzieją się tu bowiem rzeczy które, zamierzenie lub nie, czynią ten smutny i w gruncie rzeczy poważny film bardzo kampowym. Mam tu na myśli dialog o naleśnikach, cholernie tani romans głównego bohatera czy, last but not least, absolutnie absurdalną kreację Allison Janney. Opowiadanie o niej dłużej mogłoby wpuścić nas na spoilerowe miny, dlatego powoli będę kończył. Wspomnienie, że ktoś uznał tę stewardessę z Temu za pasującą pod kątem atmosfery, jest jednak obligatoryjne. To wtedy robi się bowiem najdziwniej.

Często zdarza się tak, że recenzenccy populiści, widząc psa w filmie, zaczynają poświęcać mu zbyt dużo uwagi. Jeśli film jest słaby, to czworonóg najczęściej jest opisywany jako najlepszy lub jeden z niewielu dobrych elementów. Jeśli udany, to także dzięki psiakowi, który pomaga mu błyszczeć. Tutaj rubryczka plusów nie dostanie czegoś podobnego, bowiem nawet ten element jest w najlepszym wypadku przeciętny. Nie ma żadnej sceny, która byłaby czy to urocza, czy wzruszająca, czy wywołująca jakąkolwiek inną silną emocję. Nawet taki element nie wybija się tu na plus.

Piękne jest to, że w tak sędziwym wieku Ridley ma jeszcze siłę, żeby stać za kamerą i kręcić tak duże produkcje. Warto to podkreślać na każdym kroku. Na tym etapie kariery jednak jego wciąż bezkompromisowy wizerunek medialny coraz bardziej zaczyna się rozmijać z tym, co dzieje się na ekranie, gdy oglądamy jego filmy. Wyglądają one bowiem, jakby same przeżyły apokalipsę, a ta sprawiła, że gdzieś wyparowało z nich życie. Mimo wytężonej pracy na planach w gwiazdozbiorze Scotta najjaśniej świecą więc wciąż te same gwiazdy. Najnowsze przygasają natomiast już w momencie premiery.

Zobacz recenzje innych filmów na Movies Room:

Witajcie w Hope – recenzja koreańskiej superprodukcji sci-fi. Kowboje i Obcy z Archiwum X

Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma — recenzja filmu. Norma Desmond znów atakuje

Róża – recenzja filmu. If I were a boy

Łukasz Kołakowski Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina. Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 110.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬