Kwiat szczęścia – recenzja thrillera sci-fi

Tegoroczny okres Halloween w kinach obfitował wieloma interesującymi produkcjami. Choć Kwiat szczęścia trudno zaliczyć do grona horrorów, w pewien pokrętny sposób mocno wpisuje się w klimat strachu i niepewności. Na ekranie nie zobaczymy jump scare’ów czy krwi wylewanej hektolitrami. Mimo to napięcie nie znika przez cały seans.

Kwiat szczęścia (oryg. Little Joe) wyreżyserowany przez Jessikę Hausner, która wraz z Geraldine Baiard stworzyła również scenariusz, to klimatyczna opowieść o Alice i świecie dookoła niej. W tę rolę wciela się Jessica Beecham. Głowna bohaterka to bardzo zdolna biotechnolożką skupioną na tworzeniu nowych roślin. Gdy ją poznajemy, Alice pracuje właśnie nad stworzeniem kwiatu, którego zapach będzie dawał szczęście jego właścicielom. W tym trudnym zadaniu pomaga jej Chris (Ben Whishaw). Mężczyzna, z nieco dłuższym stażem pracy, zaprzyjaźnia się z Alice. Poza pracą, w życiu Alice nie dzieje się zbyt wiele. Ma nastoletniego syna, Joe (Kit Connor), którego wychowuje samotnie.

Kiedy projekt Alice jest coraz bliższy sukcesu, nazywa go Małym Joe, dlatego że kwiatem trzeba opiekować się jak dzieckiem, zapewnić mu ciepło, mówić do niego. Jednak im bliższy wydaje się sukces przedsięwzięcia, tym większy niepokój rodzi się w głównej bohaterce.  Potęgowany jest on również przez decyzje i zachowanie jej współpracownicy – Belli (Kerry Fox). Nagła zmiana w zachowaniu jej psa, Bello, choć niewidoczna dla otoczenia, sprawia, że kobieta decyduje się uśpić ukochanego pupila. Czy jej podejrzenia, co do wpływu, jaki wywiera pyłek Małego Joe, okażą się prawdziwe? Czy jest to może tylko zbiorowa histeria, którą Alice przejęła od Belli?

Kwiat szczęścia, Little Joe

Fot. kadr z filmu Kwiat szczęścia

Film, niestety, wydaje się dość jasno odpowiadać na te pytania. Choć sam początek mógłby sugerować, że destrukcyjne działanie Małego Joe jest tylko projekcją wewnętrznych lęków bohaterki, a cała panika to jedynie wytwór jej własnej wyobraźni, to druga część filmu raczej temu zaprzecza, a szkoda. Warto byłoby poświęcić nieco więcej uwagi zdrowiu psychicznemu głównej bohaterki. Choć trzeba przyznać, w filmie pojawiają się pewne wskazówki, które możemy odebrać jako problemy psychiczne Alice.

Zobacz również: Saint Maud – recenzja intrygującego horroru A24. Manna z nieba

Mimo tego nie można umniejszyć kunsztu samej Emily Beecham, która otrzymała nagrodę w Cannes właśnie za tę rolę. Mocno wycofana i indywidualistyczna Alice w jej wykonaniu staje się również silną kobietą, która chce chronić tych, których kocha. Aktorka bardzo dobrze radzi sobie z długimi zbliżeniami kamery, które, de facto, są studium emocji bohaterki. Na pochwałę zasługuje rownież kreacja Kita Connora. Młody aktor jest naprawdę przekonujący w roli buntującego się nastolatka. Czaruje mrocznym spojrzeniem, które nieśmiało wskazuje na mroczne tajemnice chłopca. Niestety nie wszyscy aktorzy udźwignęli swoje role. Ben Whishaw sprawia wrażenie zagubionego w swojej roli. Trudno stwierdzić, czy grany przez niego Chris jest zakochany w Alice, czy tylko udaje. Między parą nie czuć też żadnej chemii na ekranie, co mocno rozczarowuje.

Kwiat szczęścia, Little Joe

Fot. kadr z filmu Kwiat szczęścia

Na ekranie widzimy od razu, że Jessica Hausner doskonale wyreżyserowała rolę Emily Beecham. Tutaj byłą praktycznie bezbłędna, choć ciężko stwierdzić ile było w tym jej incjatywy, a ile aktorki. Niemniej całości brakuje utrzymania poziomu od początku do końca. Mimo że możemy wyczuć pewne napięcie przez cały seans, ma to więcej wspólnego ze zdjęciami i muzyką niż z grą aktorską. Muszę przyznać, że chłodne zdjęcia ze scenografią utrzymaną w stonowanych kolorach z przewagą zieleni stanowią kontrast dla samego Małego Joe, który mimo że jest rośliną, nie ma liści i dominuje u niego raczej czerwień. Ten sposób ukazywania scen ma nieco metaforyczny wydźwięk, dla Joe ludzie są jego chlorofilem, zapewniają mu pożywienie i przetrwanie. Spokojne, długie ujęcia dominujące w filmie tworzą klimat nadchodzącej tragedii.

Kwiat szczęścia, Little Joe

Fot. kadr z filmu Kwiat szczęścia

Muzyka, która została skomponowana przez Tejiego Ito, to przeżycie samo w sobie. Pojawia się w większości kluczowych momentów filmu. Tu właśnie rodzi się mój problem z nią związany. Dźwięki, które momentami są piszcząco-świszczące, choć podkreślają w pewien sposób klimat, u mnie powodowały ból głowy. Nie tylko były dla mnie nieco irytujące, ale również odwracały moją uwagę od tego, co działo się na ekranie. Niemniej, jeśli był to celowy zabieg, aby ukryć pewne niedociągnięcia w filmie, to wielkie brawa dla producenta.

Kwiat szczęścia to na pewno bardzo ciekawa propozycja, na którą sama dość długo czekałam. Bada ona świat thrillera botanicznego, dramatu sci-fi, których nie oglądamy zbyt wiele. Zgłębia świat inżynierii genetycznej i następstw, jakie ona ze sobą niesie. Pokazuje, że ta dziedzina może okazać się bardzo niebezpieczna. Zwłaszcza jeśli jest nastawiona na zysk, nie zważając na konsekwencje. Film pokazuje, że wcale nie tak wiele dzieli nas od czasów, gdzie szczęście będziemy mieć na stałe, jeśli tylko za nie zapłacimy. Właściwie już żyjemy w czasach, w których można je kupić. Niestety nie trwa ono zbyt długo, a ostateczna cena jest zbyt wysoka.

Uważam, że jest to ciekawy kierunek dla gatunku horroru i thrillera i mam nadzieję, że ta produkcja otworzy drzwi do szerszej dystrybucji dla takich filmów, a co za tym idzie, zachęci twórców do podejmowania ryzyka i tworzenia filmów w tym nurcie.


Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Wielbicielka skomplikowanych filmów, koreańskich seriali i mocnej kawy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?