Advertisement
Advertisement

Róża Bombaju – recenzja animacji Netflixa. Miasto moje, a w nim…

Film animowany Róża Bombaju nieprzypadkowo zadebiutował na Netflixie właśnie 8 marca. Dzień Kobiet to idealny moment na pokazanie widzom sentymentalnej historii o trzech bohaterkach reprezentujących różne pokolenia. Produkcja powstała w Indiach, także podczas seansu najlepiej odnajdą się ci, którzy już mieli wcześniej do czynienia z estetyką tamtejszego kina.

Gitanjali Rao przygotowywała swój pełnometrażowy debiut przez dobrych kilka lat. Głównie dlatego, że technika animacji różni się od tych stosowanych zazwyczaj w amerykańskich produkcjach. Każda klatka filmu była bowiem malowana przez zespół kilkudziesięciu artystów. Z pierwotnych zarysów wyłaniały się szczegółowe kadry o bogatej kolorystyce. W sieci można natrafić na listę 5 filmów polecanych przez reżyserkę. Są na niej produkcje studia Ghibli, jest też Twój Vincent – zrobiony wprawdzie inaczej, z obrazów malowanych farbą olejną na płótnie, ale pod względem artystycznej wizji i zaangażowania będący bliski Róży Bombaju. Ostatecznie jednak sam proces produkcji nie powinien mieć największego znaczenia przy ocenie. Liczy się efekt końcowy, a nie to, jak długo dopieszczano jeden, konkretny kadr.

Róża Bombaju

fot: materiały prasowe/Netflix

Sama animacja nie wystarczy – potrzebny jest jeszcze scenariusz. Reżyserka zdecydowała się opowiedzieć o trzech kobietach. Kamala to kwiaciarka dorabiająca w barze jako tancerka. Mieszka z dziadkiem i młodszą siostrą Tarą, która uczęszcza na lekcje angielskiego do Shirley D’Souzy rozpamiętującej swoją dawną karierę aktorską. Każda z nich próbuje jakoś sobie radzić w Bombaju, zatłoczonym mieście pełnym zgiełku oraz marzeń o lepszej przyszłości. Najważniejsza będzie Kamala i jej znajomość z muzułmańskim uchodźcą Salimem. Jak na minimalistyczne podejście przystało, rozmowy zostaną zastąpione przez spojrzenia, drobne gesty i nieporozumienia wynikające z braku komunikacji. W tym momencie jest już chyba całkowite jasne, że nie jest to animacja dla dzieci, które przy tak powolnej narracji straciłyby zainteresowanie po kilkunastu minutach.

Zobacz również: Najlepsze lata – recenzja filmu. La dolce vita | Przegląd Aurora Films

Nie dałem rady obejrzeć całości za jednym razem, bo pierwsza połowa dłuży się jak Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera. Tylko że komiksowe widowisko trwa około 4 godzin, a Róża Bombaju raptem 93 minuty. Dopiero pod koniec film zaczyna chwytać dobre tempo, gdy bohaterowie zbliżają się ku sobie i wpadają w tarapaty. Wcześniej musimy przebrnąć przez wiele wydłużonych fragmentów będących na pewno bardziej zrozumiałych dla znawców kultury indyjskiej. Prawdziwe wydarzenia przenikają się z rzeczywistością senną, teraźniejszość z przeszłością, a oko kamery zmienia swoje położenie. Niektóre obrazy oglądamy z perspektywy tytułowej róży – symbolizującej przecież Kamalę, której kwiaty towarzyszą na co dzień.

Róża Bombaju

fot: materiały prasowe/Netflix

Reżyserka chce w swoim filmie zmieścić bardzo dużo. Ironicznie podchodzi do tamtejszego rozbuchanego przemysłu filmowego, pokazując młodego człowieka zafascynowanego kinem i budującego na tej podstawie fantazje dotyczące uratowania ukochanej z opresji. Przedstawia realne problemy: pracujące dzieci, biedę, przymuszanie do małżeństw czy sutenerstwo. Skupia się na dorastaniu, przemijaniu oraz wzajemnym wsparciu. A wszystko w sentymentalnym do granic możliwości tonie przy akompaniamencie miauczących kotów.

Zobacz również: Servant – recenzja 2. sezonu serialu Apple TV+

Największe wrażenie robi dbałość o detale przy kreacji przestrzeni. Animowany Bombaj jest kolorowy, żywy i chaotyczny. Po ulicach co chwila przejeżdżają samochody, a zza każdego rogu wyłaniają się kolejne sylwetki ludzkie. W sentymentalnym wątku Shirley D’Souzy w kilku scenach obraz staje się czarno-biały, jakby w tęsknocie za minioną przeszłością. Mimika postaci jest bardzo minimalistyczna, a na drugim planie twarze pozostają jedynie plamami. Wstawki muzyczne mogłyby działać, gdyby były bardziej zróżnicowane. Niestety Kamala przez większość filmu wielokrotnie śpiewa dokładnie to samo, co w pewnym momencie zaczyna być irytujące. Natomiast na uznanie zasługują instrumentalne kompozycje nadające odpowiedni rytm, szczególnie w scenie ucieczki zakochanych.

Róża Bombaju

fot: materiały prasowe/Netflix

Róża Bombaju to film, który można polecić miłośnikom dojrzałych, ręcznie malowanych animacji. Film stawia raczej na subtelne środki niż charakterystyczną dla kina bollywoodzkiego efektowność. W końcu najbardziej istotna pozostaje tu kobieca perspektywa, wyboista droga do emancypacji i nadzieja na lepsze jutro. Jak na pierwszą indyjską animację w ofercie Netflixa to i tak dużo.

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?