Tiger – recenzja dokumentu o legendarnym golfiście. Public affair

Niedawno niejaki Michał Żewłakow popełnił w swoim życiu wielki błąd. 102-krotny reprezentant Polski w piłce nożnej, a jednocześnie człowiek o bardzo dobrej i szanowanej renomie w środowisku na skrzyżowaniu Miodowej i długiej zaparkował swoje auto w tyle miejskiego autobusu. Badanie wykazało 1,6 promila, co jak wiemy, niespecjalnie w naszym, czy w jakimkolwiek innym cywilizowanym kraju jest dopuszczalne. Skrajna głupota, nieodpowiedzialność i przede wszystkim narażenie życia niewinnych osób. Przypominam tę sytuację, bo w jakiś sposób zrymowała mi się z wymową filmu Tiger przedstawiającą zarówno te najjaśniejsze, jak i ciemne strony życia Tigera Woodsa, najsłynniejszego w historii golfisty. Tak tam, jak i tu w przestrzeni publicznej mogliśmy znaleźć nie tylko potępienie skrajnie nieodpowiedzialnych i niemoralnych zachowań, jak i chęć do publicznego linczu i pławienie się w cudzej porażce. Sprawa Woodsa była nieco inna, wszak przez jego występki pokrzywdzony był jedynie on sam i jego bliscy. Sytuacja ta posłużyła jednak twórcom dokumentu do postawienia społecznej diagnozy, która jest chyba równie dołująca, co same przedstawione wydarzenia.

Są na świecie sportowcy i Sportowcy. Niektórzy z nich, swoim wpływem na popkulturę wyrastają daleko ponad arenę swoich zmagań sportowych. Każde pokolenie ma kilka takich nazwisk, którym historia nadała nieco inne znaczenie, niż ich rywalom czy kolegom z zespołów. Nasi rodzice mieli Maradonę, Jordana czy z bardziej z polskiego podwórka, Andrzeja Gołotę. My cieszymy się z życia w czasach Usaina Bolta, Leo Messiego, czy lokalnie Adama Małysza. Jednym z tych, których do takich ikon należy zaliczyć, jest niewątpliwie Tiger Woods. On to golf, golf to on. Mogliśmy nie wiedzieć, co czym się różni dołek Par 3 i Par 5, mogliśmy nigdy nie widzieć żadnych zmagań w tym sporcie i uważać go za najnudniejszy na świecie, ale pewnie słyszeliśmy o tym gościu. A jeśli nie, to warto odpalić nową produkcję HBO GO. Przybliży nam ona bowiem naznaczoną niejednoznacznymi epizodami biografię wybitnego sportowca w nie mniejszym stopniu, niż zrobiło to w ubiegłym roku The Last dance.

fot. HBO Max

Tiger jest podzielony na dwa odcinki, a podział ten wynika prawdopodobnie z faktu, iż obydwie części mają nieco inny ton i wgłębiają się w inny, ważny dla biografii golfisty aspekt. Pierwsza część skupia się w dużej mierze na zdobywaniu golfowych szczytów i relacji Woodsa ze swym ojcem, druga jest już naznaczona piętnem skandali obyczajowych z jego udziałem. Na początku wszystko toczy się dobrze, droga na szczyt jest trudna, ale jakby nieco szybsza niż każdego zwykłego śmiertelnika. Tiger wygrywa zawody za zawodami, pnie się w górę i nie spada, a jego życie staje się wspomnianym wcześniej czymś większym od zmagań na polu wybitnego golfisty.

Im wyższy jednak szczyt, tym boleśniejszy upadek. Stąd mamy też drugą stronę medalu, związaną z aferą obyczajową golfisty. Kiedy z zewnątrz jego życie wyglądało na idealne, patrząc głębiej nie można było doliczyć się kochanek uzależnionego od seksu i adrenaliny gościa. Golf to elegancki sport wysoko postawionych ludzi, wydawać by się mogło idealny dla Tigera. Kiedy jednak wyszło na jaw, że palców u rąk nie starczyłoby, aby policzyć wszystkie kochanki w trwającym niewiele (a to i tak duże niedopowiedzenie, bo były też plotki, które mówiły o ponad setce), mit upadł. Runął szybko, a na jego gruzy rzuciła się szukająca krwi szarańcza. Najsmutniejsze jest jednak w tym brak dotarcia do istoty problemu. Film, prawdopodobnie celowo, odsuwa tutaj w cień Elin, żonę Tigera, czyli najbardziej pokrzywdzoną w sprawie osobę. Jest wspomniane, że na czołówce jednej z gazet romanse Tigera pojawiały się częściej niż 11 września a w programach telewizyjnych wyliczanie liczby kochanek, ale jeśli idziemy do żony, to tylko po pytanie paparazzi czy się rozwiedzie i jak zareagowała. Woods nie oszukał kibiców, jego poczynania na polu golfowym nie pokrywały się z prywatnym haremem. Oszukał głównie ją, to ona cierpi. Opinia publiczna skupia się natomiast na kopaniu leżącego. Chyba nie tędy droga.

fot. HBO Max

Film sam dochodzi do podobnego wniosku. Pada on z ust jednego z przepytywanych na potrzeby filmu ludzi z otoczenia golfisty. Ludzie, którzy szliby za nim w ogień w sukcesie, równie chętnie dociskali butem głowę leżącego Tigera do ziemi, gdy szambo w jego życiu wybiło. Tłum wziął na tapet porażkę, a średnio widać było w tym wszystkim współczucie, które interesowało zdecydowanie mniej. Choć trudno jest nie potępić zachowań Woodsa, trzeba powiedzieć, że smutna konkluzja tego filmu nie leży tylko w jego postaci. A czy ten wydźwięk społeczny, nie jest przypadkiem smutniejszy każdy oceni sobie sam.

Redaktor prowadzący działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod l.kolakowski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Nowe technologie

Wejdź do świata nowych technologii na: Tech-Room logo
Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?