Vaiana – recenzja filmu. Dość niepotrzebna drobnostka

Agata Magdalena Karasińska, 10 lipca 2026

Po zeszłorocznym Lilo & Stitch wydawać by się mogło, że Disney w końcu znalazł klucz do sukcesu swoich aktorskich remake’ów. Mam wrażenie, że to jednak była kwestia reżysera, Fleischera-Campa, który niesamowicie czuje kino familijne. Tym razem dostaliśmy Vaianę w wersję live action i tym razem o sukcesie mówić niestety nie mogę.

Pierwsze aktorskie wersje swoich animacji Disney stworzył już w latach 90. XX wieku. W 1994 roku stworzono niezbyt popularną Księgę dżungli, a 2 lata później już nieco słynniejsze 101 Dalmatyńczyków z Glenn Close w roli głównej. Później pojawiały się jedynie pojedyncze tytuły, a na masową skalę studio ruszyło z filmami live action dopiero siedem lat temu. Decyzje o tworzeniu aktorskich wersji animowanych hitów częściej spotykają się z oburzeniem widzów, a wprowadzane zmiany wzbudzają kontrowersje. Tak było chociażby w przypadku Małej syrenki czy Śnieżki. Zdarzają się wyjątki, jak Lilo & Stitch, ale większość tych filmów staje się finansową klapą. Jednak Disney idzie za ciosem i „ożywia” kolejnych animowanych bohaterów. Maszyna ruszyła i nie może się zatrzymać. A ja Vaianę dorzucam do worka z tytułami podpisanego „Ale po co?”.

Fabularnie trudno się do czegokolwiek przyczepić, ponieważ jest to powtórzenie filmu Vaiana: Skarb oceanu z 2016 roku. Zadziałało już wtedy, więc tym razem twórcy chyba bali się wprowadzić zmiany, które mogłyby nie spodobać się fanom oryginału, dlatego w zasadzie nie zmieniono niczego. Historia została odtworzona niemal kropka w kropkę. Wszystkie sceny i ich kolejność są niemalże identyczne, a bohaterowie śpiewają nowe wersje znanych już od dziesięciu lat piosenek. Mam wrażenie, że często nawet kadry są takie same. Przez to całość wygląda trochę tak, jakby została zrobiona metodą „kopiuj-wklej, ale zmień bohaterów na ludzi”.

Można by pomyśleć, że skoro wszystko jest takie samo, to przecież nie może być gorzej od wersji oryginalnej. No i według mnie: może. Okazuje się, że nie wszystko opłaca się przenosić 1:1. Niestety Vaiana wyglądała bardzo sztucznie – stroje, scenografia (nie chodzi mi o naturalne widoki) czy nawet włosy głównej bohaterki. Na szczęście nie było to już aż tak plastikowe jak w Małej syrence sprzed trzech lat, jednak wciąż było to na tyle nienaturalne, że trudno było mi uwierzyć w ten świat. Wisienką na tym za słodkim torcie była postać Hei Heia, który może i działał w animacji, ale w „realistycznej” wersji znacznie lepiej wyglądałby jako zwykły kurczak niż jako postać żywcem skopiowana z animacji.

Dyskusyjny był dla mnie również występ Dwayne’a Johnsona jako filmowego Maui. Aktor był już wcześniej związany z tym bohaterem, ponieważ podkładał mu głos w oryginalnej wersji językowej. Z jednej strony, gdy myślę o Mauim, Johnson faktycznie wydaje się dość naturalnym wyborem ze względu na swoją posturę. Z drugiej strony nie ukrywajmy – jego bohater miał być nie tylko wielki i silny, ale także przystojnym, stosunkowo młodo wyglądającym półbogiem. Pomimo dość sędziwego ponad tysiąca lat w animacji nie wyglądał na dużo starszego od Vaiany. The Rock ma jednak swoje lata świetności już za sobą i, choć nadal świetnie się trzyma, widać lekkie dotknięcie czasem na jego twarzy. Trochę nie współgrało mi to z wizją Maui, którego poznaliśmy do tej pory.

Na pochwałę w Vaianie zasługuje natomiast strona aktorska. Chociaż The Rock już wielokrotnie udowadniał, że poza wrestlingiem potrafi również grać, to dla wcielającej się w główną bohater Catherine Laga’aia była to zaledwie druga rola w karierze. Aktorski duet Johnson – Laga’aia faktycznie działał na ekranie, co sprawiało, że relacja między głównymi bohaterami była jednym z niewielu realistycznych aspektów tego filmu.

Nowa Vaiana to typowy średniak, który co prawda nie popsuł znanej już historii, ale też nie miał zbyt wiele więcej do zaoferowania. Biorąc pod uwagę, że Disney bierze się za remake’i filmów, które miały premierę zaledwie 10 lat temu, zaczynam się bać, że zaraz powstanie aktorska wersja Krainy lodu. Byłoby to zapewne tak samo zbędne i sztuczne jak recenzowana przeze mnie Vaiana. Nie tędy droga, Disneyu, nie tędy droga…

Więcej recenzji filmowych nowości na Movies Room:

Agata Magdalena Karasińska
Agata Magdalena Karasińska

Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zdjęcie okładkowe wpisu: Jan Frycz nie żyje. Wybitny aktor zmarł w wieku 72 lat

Jan Frycz nie żyje. Wybitny aktor zmarł w wieku 72 lat

W wieku 72 lat odszedł Jan Frycz. Duża popularność w ostatnich latach przysporzyła mu rola Dario w serialu Ślepnąc od świateł. Jan Frycz należał do grona najbardziej cenionych i charakterystycznych polskich aktorów swojego pokolenia.

Agnieszka Ziobrowska, 17 sierpnia 2026

moviesroom.pl

Jest Was już ponad 110.000! Obserwuj największy profil z ciekawostkami filmowymi. Zapraszają Tom Rewers i redakcja MR🎬