We. The Revolution – recenzja. A świadek co robił podczas Rewolucji?

Polskie studio Polyslash przy wsparciu wydawnictwa Klabater w We. The Revolution zaproponowało graczom wcielenie się w sędziego. I to nie byle jaką Annę Marię Wesołowską, ale rozstrzygającym w trakcie jednego z bardziej burzliwych okresów historii – Rewolucji Francuskiej.

Wcielamy się w niejakiego Fidele – sędziego Trybunału Rewolucyjnego. Od naszych decyzji zależy nie tylko los kontrrewolucjonistów i zbyt porywczych rewolucjonistów, ale także zwykłych obywateli Paryża – kłócących się kupców czy ulicznych chuliganów. Możemy ich zarówno ogłosić niewinnymi, jak i wtrącić do więzienia lub nawet posłać na gilotynę.

Zobacz również: Sekiro: Shadows Die Twice – recenzja, pot i łzy

Co ciekawe gra nie dostarcza nam ostatecznych dowodów i nigdy nie zdradza czy nasza decyzja była zła, czy dobra. To, co liczy się bardziej to polityczna reakcja. Musimy sprawnie manewrować wyrokami, tak aby nie zrazić do siebie żadnej ze stron – Trybunału, rewolucjonistów czy ludu. Narażenie się którejkolwiek ze stron może spotkać się z wyjątkowo nieprzyjemnymi konsekwencjami.

Po przeczytaniu dostarczonych pism i przejrzeniu dowodów, możemy się nad nimi na chwilę pochylić, aby odblokować dodatkowe pytania do oskarżonych lub móc wezwać świadka. Jest to dość łatwy proces, jednak z czasem naturalnie robi się coraz trudniej. Po wydaniu wyroku musimy też sporządzić protokół – to jedyna rzecz, jaka dostaje ocenę. I to dosłowną, bo można się poczuć niemal jak po szkolnej kartkówce.

Dodatkowym wątkiem jest także życie domowe – po każdej rozprawie możemy zadecydować, jak spędzimy resztę wieczora. Czy będzie to spacer z rodziną, ćwiczenia na altówce, czy wykonanie dodatkowej pracy? Te aktywności także spotykają się polityczną reakcją i czasami właściwa decyzja może nam dosłownie uratować głowę. Warto tu też dodać, że Fidele ma już utartą reputację w mieście, która również pada cieniem na nasze decyzje.

We. The Revolution jest także odważnym projektem artystycznym. Inspirowana kubizmem oprawa graficzna to bardzo czytelna, ale zarazem oszczędna forma. Cutscenki zrealizowano w formie komiksowych stron, a całość świetnie współgra z gameplayem. Widać też dość wyraźnie inspirację Papers, Please – równie minimalistycznego symulatora przejścia granicznego.

Zobacz również: Beat Cop – recenzja. Gliniarzem być to nie prosta sprawa

Gra jest świetna i pomysłowa, ale jednocześnie niewielka ilość dźwięków sprawia, że łatwo się znużyć, miętoląc kolejne papiery z rozprawy. Można też natrafić na kilka mniejszych błędów, a inną dość irytującą rzeczą jest przedziwna pętla w menu gry, kiedy chcemy z niej wyjść (trzeba najpierw opuścić rozgrywkę, wybrać profil, jakbyśmy rozpoczynali grę i dopiero możemy ją opuścić). To wszystko jednak jest niewielkim minusem. Zaledwie ryską na wspaniałym i dostojnym obrazie.

Jeżeli spodobało wam się strzeżenie granicy Arstotzki, całkiem możliwe, że We. The Revolution również przypadnie do gustu. To solidna pozycja, udowadniająca, że nie tylko wielkie, wysokobudżetowe studia z Polski mają coś do pokazania graczom na całym świecie.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Dziennikarka

Z wykształcenia antropolożka kulturowa. Z pasji graczka, filmożerczyni i mól książkowy.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?