Crash Team Racing Nitro-Fueled – recenzja gry. Powrót Crasha na tory wyścigowe!

Nieco ponad pół roku temu, gracze na całym świecie dostali wspaniały prezent na mikołajki. Właśnie wtedy ogłoszony został remake kultowego CTR-a, a oczy miliony graczy w jednej sekundzie zaszły łzami szczęścia. Dziś, wszyscy możemy już położyć łapki na swoich kontrolerach i zasiąść wraz z Crashem oraz spółką za kierownicą gokartu, a co najważniejsze – stwierdzić, że Crash Team Racing jest tak samo dobry, o ile nie lepszy niż w 1999 roku.


Zobacz również:

Crash Bandicoot – historia serii

Crash Bandicoot N. Sane Trilogy – recenzja odświeżonej, legendarnej trylogii platformówek

Spyro Reignited Trylogy – wielki powrót fioletowego smoka!

Team Sonic Racing – recenzja. Piekielnie dobry wyścig!


Największą zagadką, jaką niósł ze sobą remake, była kwestia modelu jazdy. Jak wiemy, sporo mówiło się o skopaniu niektórych aspektów fizyki przy odświeżonej wersji oryginalnej trylogii. Uspokajam – kto grał w CTR-a 20 lat temu, ten przy remake’u poczuje się jak w domu. Model jazdy nie uległ żadnym poważniejszym zmianom i wciąż podczas kierowania ma się ten odpowiedni feeling. Nie spełniły się też moje obawy co do narzucenia graczowi sterowania. Domyślnie, jest ono ustawiona na gaz pod X-em, ale twórcy dali możliwość zmiany przycisku na R2, jak w większości dzisiejszych wyścigówek. Powracają również wślizgi (ku memu zdziwieniu, były one obecne również w oryginalnym CTR), zapewniające kierowcy boosta. Trzeci dzień w to gram, a dalej nie opanowałem tej techniki do końca. Bez tego w online ani rusz.

A online niestety leży i kwiczy. I nie chodzi mi tu nawet o problemy z serwerami w dniu premiery! Bo, pewnie, można się pościgać w klasycznym wyścigu czy ponaparzać w trybie bitwy. Ale… to tyle. Mamy tylko dwa tryby zabawy, żadnych rankingów, a dodatkowo okazjonalne kłopoty z serwerami. Nie wygląda to najlepiej i nadzieja w tym, że Beenox jeszcze przysiądzie by tryb sieciowy dopieścić. Narzekać za to nie można na offline’a. Adventure mode z Crash Team Racing występuje w oryginalnej formie, gdzie od początku do końca gramy jednym zawodnikiem oraz w wersji Nitro-Fueled, gdzie bez problemu możemy zmieniać zawodników oraz wyposażać ich w różne skórki czy pojazdy. Przejście trybu fabularnego na 101% zajmie nam ze 2-3 wieczory. Poza nim, czekają również znane z oryginału tryby Pucharu (seria wyścigów), Bitwy (walczymy na arenie), kanapowego multiplayera oraz Wyzwania Czasowe. Przejście wszystkich wyzwań czasowych wiąże się z odblokowaniem jednej postaci, a to raz, że zabierze nam sporo czasu, to jeszcze napsuje przy tym sporo krwi.

Problem, jaki mam z tego typu wyścigami, to poziom trudności. Naprawdę ciężko o dobry, zbalansowany poziom trudności, który zadowoli każdego. Oczywiste, że w sieci wszystko właściwie zależy od naszego skilla i znajomości wszystkich skrótów na trasach (choć brakuje często broni, która uprzykrzy życie pro-graczowi z 1 miejsca…). Bardziej nieoczywisty jest aspekt sztucznej inteligencji. I jak miesiąc temu na pokazie przedpremierowym CTR-a, na najwyższym poziomie trudności bez najmniejszych kłopotów zajmowałem I miejsce z bardzo, bardzo dużą przewagą, tak w wersji finalnej mam naprawdę spory kłopot by zbliżyć się do lidera wyścigu. I mi się to bardzo podoba, bo gra mi uświadomiła, że jestem cienias, żebym poćwiczył i wrócił sobie do tego normala, gdzie wyścigi napawają satysfakcją, a nie powodują depresję u grającego. Tak więc gra, w moim odczuciu, ma bardzo fajnie zbilansowany poziom trudności, zależny przede wszystkim od umiejętności. Easy to learn, difficult to master, jak mawia klasyk.

No dobra, ale co tam jeszcze mamy fajnego w tym Crashu? Zawartość! Całą masę zawartości! 26 bohaterów, 32 tory wyścigowe, 12 aren w trybie Bitwy i dziesiątki skórek postaci, typów bolidów, opon, naklejek i lakierów. Liczby kosmiczne, a to i tak nie wszystko, bo jeszcze przed premierą Beenox zapowiedziało pojawienie się zupełnie nowych tras czy postaci (między innymi nasz fioletowy przyjaciel-smok!) w serii darmowych DLC. Co ważne, całą tą zawartość odblokujemy wyłącznie poprzez naszą grę. Za ukończone wyścigi dostajemy monety, które wydamy w sklepiku i nie, Activision nie poszło w ślady EA. Crash Nitro-Fueled nie posiada żadnych mikrotransakcji. Wspaniałe, prawda? Wspanialsza od tego jest tylko oprawa graficzna tej gry.

Jak Boga kocham, nie widziałem chyba bardziej bajkowej stylistyki w jakiejkolwiek grze. Po odświeżonym Spyro myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a Activision po raz kolejny przeskoczyło postawioną przez siebie poprzeczkę. Cudownie wygląda to graficznie! Pełne detali plansze i bohaterowie niczym z Disneya zachwycą każdego niezaznajomionego z oryginalną grą. U fanów może i nawet wywołają lekkie wzruszenie. Plansze naprawdę warto zwiedzić i obejrzeć na spokojnie, aby ujrzeć każdy zaimplementowany przez twórców szczegół, którego nie ujrzy oko skupione na osiągnięciu jak najlepszego miejsca.

Tak więc powiedzieć, że Crash Team Racing Nitro-Fueled prezentuje się doskonale, to jakby nic nie powiedzieć. Tytuł absolutnie mięsisty, obfitujący w masę contentu (a wciąż ma być rozwijany) i dający taką frajdę, jaką mało który może zaoferować. Ta recenzja miała ukazać się nieco szybciej, ale głos w mojej głowie co chwila namawiał mnie na to, by olać reckę i zająć się ściganiem. To chyba najlepiej świadczy o omawianym tu tytule, bo autentycznie czuję, jakbym grał w tą samą grę co 20 lat temu, tyle że z podrasowaną grafą i dodatkowym contentem.

Marzyłem o powrocie Crasha na konsole nowej generacji. I jeszcze cztery lata temu, nawet największym filozofom się chyba nie śniło, że Crash zaliczy tak spektakularny powrót. Patrząc na plan wydawniczy Activision, wszystko wskazuje na to, iż w 2020 roku czeka nas kolejna gra z szalonym jamrajem. Należy jedynie postawić pytanie – czy to będzie kolejny remake (Crash-Bash a może Twinsanity?) czy też po 11 latach w końcu dostaniemy zupełnie nowy, oryginalny tytuł z Crashem. Na odpowiedź musimy poczekać, ale bez wątpienia przyszłość dla fanów Bandicoota jawi się w kolorowych barwach.

Grę do recenzji w wersji na PS4 udostępnił polski dystrybutor.

PS: Nie odpowiem na pytanie, kto jest królem gokartów – Crash, Mario czy może Sonic. Nie ma co się zagłębiać w problem – każda jest do siebie podobna, a jednak na swój sposób inna, wyjątkowa. Skupmy się na tym, że mamy trzy zajebiste ścigałki, a nie na wojnach fanbojów.

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?