Advertisement
Advertisement

Death Stranding – recenzja gry. Ciężkie życie kuriera…

Oto ona. Gra, na którą czekali wszyscy posiadacze PlayStation 4. Gra, na którą czekali wszyscy wyznawcy Kojimy, by po raz kolejny posapać nad wizją swego guru. Gra, na którą czekali także wszyscy hejterzy Kojimy, by po raz kolejny podkreślić, że jego gry są nudne i przereklamowane. W końcu – gra, na którą czekał każdy kurier DHL oraz UPS, z nadzieją że ludzie poznają ich ból. Oto Death Stranding.

Po przerażającym P.T., wszyscy wyczekiwali Silent Hills, a tu – niespodzianka. Konami i Hideo Kojima nagle wzięli rozwód, a projekt poszedł do kosza. Twórca gier założył swoje własne studio, Kojima Productions, a następnie uraczył nas pierwszymi, ubogimi w informacje  teaserami swojej nowej produkcji. Właściwie to raczył nas nimi przez cały okres oczekiwania na premierę, bo żadna z tych zajawek nie zdradzała kompletnie niczego na temat samej gry i jej fabuły. I jeśli myśleliście, że w końcu dowiecie się, o co właściwie w Death Stranding chodzi czytając tę recenzję… To może lepiej przeczytajcie inną. Bo to nie będzie jedna z tych recenzji, gdzie znajdziecie każdy aspekt gry opisany i rozłożony na czynniki pierwsze. Nie będzie tak z jednej prostej przyczyny – Death Stranding to doświadczenie, które według mnie należy przeżyć z jak najmniejszą ilością informacji.

Żeby wam po krótce przybliżyć historię w grze – wcielamy się w Sama Portera Bridgesa, kuriera w zniszczonej, podzielonej Ameryce. Pracując dla pewnej organizacji, naszym zadaniem będzie ponownie zjednoczyć Amerykę oraz jej narów w jedną całość. Oj tak, brzmi to jak bardzo patriotyczna gra i taka też jest. Wizja podzielonej, rozbitej Ameryki świetnie się zresztą wpisuje w jej teraźniejsze realia i tego, jaki wpływ miały ostatnie wybory prezydenckie na amerykański naród. Kto ogrywał MGS-y, ten w trymiga poczuje się jak w domu; patetyczny styl Kojimy miejscami wylewa się z ekranu. Jak się pewnie domyślacie, fabuła w grze nie ogranicza się jednak wyłącznie do misji zjednoczenia. To wielowątkowa i wielopoziomowa opowieść, zaskakująca na każdym kroku. Bo tak naprawdę wszystko kręci się wokół tytułowego Wdarcia Śmierci, mającego konsekwencje dla każdego człowieka.

Fabuła tej gry nie należy do najłatwiejszych, o nie. Pierwszy raz złapałem się na tym, że robiłem notatki, by sobie wszystko uporządkować i się w tym nie pogubić. Narracja historii poprowadzona jest w iście genialny sposób. Death Stranding nie odkrywa przed nami od razu wszystkich swoich kart i po kilku godzinach w grze rodzi się tylko więcej pytań, niżeli odpowiedzi. Każda kolejna cutscenka wywołuje sporą konsternację i wręcz obsesyjną żądzę poznania dalszej historii Ameryki, w której przyszło żyć Samowi Porterowi. Oj tak, świat przedstawiony w Death Stranding to bez wątpienia jeden z oryginalniejszych światów, jakie widziałem gdziekolwiek, kiedykolwiek. Dawno nie doświadczyłem ciekawszego ujęcia postapokalipsy czy po prostu dobrego science-fiction, które wnosiłoby do gatunku tyle świeżego powiewu. A ci bohaterowie! Każda postać jest bardzo wyrazista, ma jakąś głębię i niesie duchowy ciężar. To doprawdy rzadkie ostatnimi czasy, by jakaś gra miała X postaci i każda z nich była dobrze rozpisana i zapadająca w pamięć.

Nie jest jednak idealnie. Znacie tych naukowców z filmów science-fiction, którzy w pewnym momencie tłumaczą łopatologicznie (niby innym bohaterom, lecz tak naprawdę widzowi) skomplikowany i bogaty w naukową terminologię plan? Dla mnie twarzą takiego naukowca zawsze był Jeff Goldblum. I co by nie mówić o złożonej naturze scenariusza, zbyt wiele w nim momentów, gdzie gracz czuje się jakby na ekranie był właśnie taki Jeff Goldblum. W ogóle mam wrażenie, jakby pod koniec gry ten scenariusz nagle stał się bardzo przewidywalny i prosty. Jego rozwiązanie nie wywołało u mnie opadu szczeny, a raczej dość obojętne „a, ok, spoko”.

Zobacz również: MediEvil – recenzja powrotu z zaświatów Sir Daniela Fortesque!

Co się tyczy samej rozgrywki, określenie symulator kuriera jest dosyć trafne. Nasz bohater musi dostarczać paczki, przemierzając otwarty świat i pokonując napotkane przeciwności losu. Tak, ta gra zdecydowanie nie jest dla każdego. Jeśli ktoś myślał, że Red Dead Redemption 2 wyznaczyło nowe standardy w rozwleczonej rozgrywce, Death Stranding go z miejsca znokautuje. Najciężej przebrnąć przez samouczek, czyli pierwszych 5-6 godzin gry. Później, stopniowo odblokowują się nowe możliwości, gadżety i funkcje, znacznie urozmaicające grę. Trzon pozostaje jednak bez zmian i gra wciąż będzie skupiać się na dostarczaniu paczek. Czy to misja główna czy poboczna, niemal zawsze skończy się tym, że gdzieś dostarczymy jakąś przesyłkę. Ale, cholera, to jest tak angażujące i wciągające, że trudno się od tego oderwać. Okej, przyznajmy to – Death Stranding to najgorsza gra do oglądania w historii gier ever i nawet Pac-Man jest pod tym względem ciekawszy. Jednocześnie, to jeden z najlepszych tytułów do grania. Żadna produkcja od bardzo dawna mnie tak sobą nie zaabsorbowała. Wczułem się w Sama właściwie natychmiastowo i nawet nie musiałem nieść na plecach worka ziemniaków, żeby go lepiej zrozumieć. Gdy dostałem ciężkie zlecenie, zastanawiałem się czy iść przez teren górzysty, co zajmie więcej czasu czy też przez teren bandytów, tzw. Mułów, co będzie znacznie szybsze, a przy tym znacznie bardziej niebezpieczne. Feeling postaci jest ogromny w tym tytule.

Kolejnym aspektem wyróżniającym Death Stranding na tle innych gier, to to jak twórcy zaimplementowali rozgrywkę sieciową. To właśnie ten aspekt Kojima w swoim najnowszym dziecku pokochał chyba najbardziej. Kojarzycie jak w Dark Souls napotykamy często wiadomości pozostawione przez innych graczy? No to tu mamy to samo, tylko w znacznie, znacznie bardziej rozbudowanej formie. Mianowicie nasz kurier ma możliwość stawiania różnorakich budowli i narzędzi – od drabin i zaczepów po mosty i schrony. Załóżmy, że mam do pokonania sporych rozmiarów górę. Co robię? No stawiam drabinę rzecz jasna, a gdy już jestem na górze i muszę zejść po drugiej stronie, to aby się nie zabić, korzystam z zaczepu. I teraz gracze, którzy są podłączeni do sieci, będą mogli skorzystać w tym miejscu z pozostawionych przeze mnie pomocy w postaci rzeczonej drabiny i zaczepu. System ten daje sporo frajdy, nadaje światu przedstawionemu życia, a przy tym znacznie ułatwia i urozmaica naszą misję. Jest on też bardzo zgrabnie i dobrze pomyślany. Oczywiście, nie spotkamy na swej drodze innych Samów Porterów, a algorytm nie pozwoli na zaśmiecenie świata konstrukcjami każdego pojedynczego gracza, o nie. Korzystając z konstrukcji innych graczy, zaciskamy z nimi więź (tzw. Bridge Link), co przekłada się na większą ilość ich contentu w naszym świecie gry. Możemy też wysyłać lajki (zwiększają prestiż gracza) kurierom, którzy ułatwili nam w ten sposób życie. Podczas mojej przygody z Death Stranding słynąłem wśród innych kurierów z budowania dróg, co przełożyło się na kilkadziesiąt tysięcy lajków, a co za tym idzie rozwój niektórych umiejętności Sama. Ja zaś zawiązałem kilka kurierskich więzi z graczami, którzy budowali przede wszystkim schrony oraz tyrolki. Jak się okazało w trakcie rozgrywki, nie ma nic lepszego dla kuriera, niż dobrze rozmieszczona tyrolka…

Nigdy nie podejrzewałem, że gra o byciu kurierem i roznoszeniu paczek tak mnie zafascynuje. Pewnie gdyby grę wydała inna firma, efekt byłby zgoła odmienny. Już widzę DLC z możliwością pominięcia niektórych zleceń, dla przykładu. Jednakże zrobił to nikt inny, jak Hideo Kojima. Przez spory okres czasu mego gamingowego życia bagatelizowałem jego personę. Po Death Stranding się to zmieniło – lepiej późno niż wcale, można rzec. Hideo Kojima swoim najnowszym tytułem udowadnia, czemu jego nazwisko tyle znaczy wśród graczy i twórców. Pokazuje przy tym wszystkim niedowiarkom, że jego pomysły nie ograniczają się wyłącznie do Metal Gear Solid. Death Stranding to nowy rozdział w branży gier. Rozdział, który zapewne podzieli zarówno recenzentów jak i samych graczy. Ale na pewno przejdzie do historii jako jeden a najbardziej oryginalnych tytułów w historii branży gier.

Ilustracja wprowadzenia: Materiały prasowe

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?