Demon’s Souls – recenzja gry. Remake przez duże R!

Moja przygoda z grami od From Software zaczęła się właśnie od Demon’s Souls. Wydana jako tytuł ekskluzywny na PlayStation 3 w 2009 roku, 4 lata później pojawiła się w abonamencie PlayStation Plus. Wtedy też postanowiłem sprawdzić, cóż to takiego. Bardzo szybko przepadłem i dołączyłem do wielomilionowego grona masochistów, lubujących się w ciągłym oglądaniu ekranu z napisem UMARŁEŚ. Czy Demon’s Souls doczekało się godnego remake’a?

Cóż, zacznijmy od tego, że tak na dobrą sprawę, mimo 11 lat na karku, Demon’s Souls trzyma się całkiem nieźle i zwykły remaster pewnie by wystarczył. Ale jak spojrzymy na to, jak ekipa z Bluepoint Games odnowiła pierwszą grę z serii Souls… Jak ten tytuł wygląda na PS5… Jak po uderzeniu pierwszego bossa, jego tyłek trzęsie się niczym jędrna i smakowita galaretka… God damn! To jedna z najpiękniejszych gier, jakie widziałem. Mnie, obeznanego dobrze z oryginałem maniaka, co chwila zachwycał wygląd kolejnych lokacji czy design potworów. Ciekaw jestem w takim wypadku reakcji graczy, którzy po raz pierwszy ujrzą Smoczego Boga czy piękne budowle Boletarii.

Zobacz również: Sekiro: Shadows Die Twice – recenzja, pot i łzy

Nie będę się za bardzo rozwodził nad fabułą, bo powiem wam szczerze, że gram w to 5 czy 6 raz, a dalej nie za bardzo wiem o co się rozchodzi. Wydaje mi się, iż śmietanką Soulsów zawsze i nieodmiennie była, jest i będzie sama rozgrywka. Ta nierówna walka od samego początku gry. To uczucie, gdy masz przy sobie bardzo dużą ilość dusz, a jesteś otoczony mnóstwem przeciwników. Ten adrenalinowy kop, gdy walczy się z cztery razy większym bossem. I ten moment, kiedy umierasz po raz 23, a mimo to wciąż się nie poddajesz, chcesz więcej, więcej i więcej. To jest kwintesencja gier od From Software. Ten masochizm został pokochany przez miliony graczy na całym świecie. Oczywiście, lore również odegrał w co poniektórych przypadkach dużą rolę, ale i bez wiedzy o świecie przedstawionym bawić można się doskonale.

Gdy Demon’s Souls miało swoją premierę, było RPG-iem niepodobnym do żadnego innego RPG-a. Gra nie prowadziła Cię za rączkę, nie pomagała Ci, gdy nie wiedziałeś co zrobić. Nie uświadczyłeś tu mapy terenu, znaczników ani nawet menu, gdzie mogłeś zobaczyć swoje questy. Zostawałeś rzucony od razu w grę, znając w zasadzie tylko podstawowe sterowanie i swój główny cel – zabijanie demonów. Gra ta zapoczątkowała gatunek zwany soulslike i niewątpliwie zapisała się w historii gier elektronicznej rozgrywki na stałe, choć przez swą ekskluzywność na konsolę PS3, pozostawała w cieniu swego potomka – gry Dark Souls. Cieszę się więc, że dzięki remake’owi na PlayStation 5, gra ta najpewniej otrzyma zasłużony rozgłos, bo jest naprawdę doskonała. W nowym wydaniu, z odświeżoną grafiką i epicką ścieżką dźwiękową, ulepszeniami na czele z dodatkiem trybu fotograficznego – lepsza niż kiedykolwiek. Jednakowoż…

Zobacz również: Nioh 2 – recenzja najlepszego souls-like’a niepochodzącego od From Software

Nie obyło się bez kilku potknięć. Gry From Software znane są ze swoich… Specyficznych – to chyba odpowiednie słowo – mechanik rozgrywki. Bluepoint Games chyba aż za bardzo chciało, by odwzorować oryginał w skali jeden do jednego. Tym samym Demon’s Souls Remake miejscami trąci myszką. Prawdziwym hitem okazują się jednak sporadyczne glitche i bugi. Najsłynniejszym (i de facto psującym grę) glitchem, jest skutek użycia złotej monety, a następnie włączenia menu levelowania u Wyroczni – naszemu bohaterowi automatycznie wbijają się kolejne poziomy, podnosząc statystyki szczęścia do maksimum. Tak jak w oryginale, tak i tu kuleje – i to bardzo – inteligencja przeciwników, w tym nawet i bossów. Pierwszy przykład z brzegu – uznawany za jednego z najtrudniejszych demonów, Flamelurker (z polskiego: Mieszkaniec Płomieni), zarówno w wersji z 2009 roku jak i tegorocznej, można pokonać bez spocenia się dzięki bugowi. Pewne rzeczy się nie zmieniają, co?

Demon’s Souls to bardzo udany remake. Ma swoje drobne błędy i wady, które w większości będzie można naprawić za pomocą patchy. Na czym natomiast powinniśmy się skupić, to miód, jaki niesie ze sobą rozgrywka. Nie jest to typowy miodek, taki jak w przypadku przyjemnych i sympatycznych, niewymagających gier, patrzy Spyro czy Animal Crossing. To narkotyczny, uzależniający i trujący nektar, który uwalnia swą słodycz dopiero po godzinach mordęgi i katuszy, gdy Twoje zakola powiększyły się o kilka centymetrów, w oczach widać żądzę mordu, a na czole niebezpiecznie pulsuje żyłka. Ale gdy gracz poczuje już tę słodycz, jej smak i satysfakcję, którą osiąga… Nie da się tego porównać do niczego innego na świecie.

Zastępca Redaktora Naczelnego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?