Gibbous: A Cthulhu Adventure – recenzja gry. Lovecraft na wesoło!

Twórczość H.P. Lovecrafta doczekała się już wielu odniesień w dziełach popkulturowych. Powstawały powieści, filmy, komiksy czerpiące garściami z dorobku prekursora horroru. Trudno jednak znaleźć bardzo dobre gamingowe produkcje, które opowiadałyby o Wielkim Przedwiecznym – owszem, takowe były, niestety często przechodziły bez większego echa lub po prostu były przeciętne. To wszystko można jednak dziś wymazać, gdyż Gibbous to obecnie najlepsza gra osadzona lovecraftowym świecie – choć na pewno mocno nietypowa.

Za stworzenie Gibbous: A Cthulhu Adventure odpowiada małe, zaledwie trzy osobowe studio. Co ciekawe, twórcy pochodzą z Rumunii i wiele miejsc, które możemy zobaczyć w grze, zostało przeniesione prosto z ich rodzimej miejscowości. Studio nazywa się Stuck In Attic, a jak sami twórcy mówią, to dokładnie odzwierciedla ich miejsce pracy. Gibbous powstał dzięki pomocy fanów, którzy podczas zbiórki crowdfundingowej wpłacili ponad 50 tysięcy franków szwajcarskich (około 200 tys. złotych). Twórcy byli mocno zaangażowani w projekt, więc środki zostały doskonale wykorzystane – a jak dobrze wiemy, nie zawsze się tak dzieje. Mimo że to pierwsza gra przygodowa ekipy, to mają oni duże doświadczenie w tworzeniu animacji czy gier mobilnych. Wszystko to świetnie przejawia się w ich najnowszej produkcji, która prezentuje się wręcz wyśmienicie.

Zobacz również: Edna & Harvey: Harvey’s New Eyes – recenzja gry. Uważajcie na małe dziewczynki!

Jak już można wywnioskować z tytułu, Gibbous: A Cthulhu Adventure to gra oparta na twórczości pioniera gatunku horroru, czyli H.P. Lovecrafta. Twórcy jednak nie zamierzali być wierni charakterowi twórczości tego pisarza i stworzyli coś bardzo nietypowego – historię mocno wykorzystującą motywy Cthulhu i innych Wielkich Przedwiecznych, jednak zrealizowaną z wielką dozą humoru. Tak, to jest możliwe i tak, to działa. Twórcy z Rumuni okazali się sprawdzimy magikami i dali nam coś, czego nie powstydziłoby się nawet legendarne studio LucasArts.

Akcja gry rozgrywa się w mieście Darkham. To właśnie tam mieszka niczym niewyróżniający się bibliotekarz Buzz Kerwan. Za sprawą tajemniczego zlecenia, które przyjął prywatny detektyw Don R. Ketype, ich losy splatają się, a Buzz wchodzi w posiadanie legendarnej książki Necronomiconu. Oczywiście, jako szanujący się bibliotekarz musi się z nią zapoznać, więc odczytuje część, po czym jego kotka, Kitteh, zaczyna mówić. Okazuje się, że ta ma dość trudny charakter, a Buzz co chwile musi się mierzyć z jej soczystymi docinkami. Chłopak nie mogąc tego znieść, postanawia znaleźć kogoś, kto pomoże mu odczarować Kitteh. Szybko jednak okazuje się, że za wszystkim stoi większa intryga. Fabularnie mamy tu prawdziwy rollercoaster, niepozorna sytuacja z dziwną książką przeradza się z walką z wyznawcami Dagona oraz z konfrontacją z samym wielkim Cthulhu. A wszystko to podszyte przewijającą się praktycznie wszędzie satyrą.

Zobacz również: The Sinking City – recenzja gry. Na skraju szaleństwa.

Podczas rozgrywki wyruszymy z mrocznego miasta Darkham, przeniesiemy się do zamieszkanego przez rybopodobnychludzi Fishmouth, a następnie wyruszymy do Transylwanii oraz Paryża. Wszystkie lokacje w Gibbous wygląda przepięknie, są pełne szczegółów, a uwagę przykuwa oświetlenie. Mamy tu bardzo bogatą paletę barw, która niezwykle cieszy oko. Jak można dowiedzieć się z wypowiedzi twórców, inspiracją przy kadrach była architektura bliskiej im Transylwanii. Rumuńscy deweloperzy zadbali także o świetny angielski dubbing, który robi piorunujące wrażenie. Dzięki profesjonalnym głosom każda postać zyskuje swój niepowtarzalny charakter. Do tego dialogi są niezwykle soczyste, więc ani razu nie miałem chęci przewijać – po prostu to byłaby zbrodnia. Klimat lovecraftowych opowiadać oraz fantastyczny humor przeplatają się tu na każdym kroku, co otworzy wspaniałą mieszankę. Twórcy nie zaniedbali także muzyki, gdyż przygotowali blisko 4 godziny niezwykle klimatycznego podkładu.

Nie będę rozwijał się co do mechaniki gry, bo jest to klasyczna przygodówka point and click. Nie uświadczymy tu żadnych współczesnych uproszczeń. Klikamy więc na wszystko, zbieramy przedmioty, łączymy je oraz przepytujemy każdego przechodzenia. Następnie kombinujemy i próbujemy ruszyć do przodu. Łamigłówki są logicznie zaplanowane, więc nie miałem żadnych większych przestojów przy przechodzeniu gry. Gameplay jest bardzo przyjemny i ani na chwilę nie nudzi się przez około 10 godzin gry. Nuda jest tu kompletnie niepasującym słowem, gdyż co chwilę odkrywamy jakieś smaczki w postaci śmiesznych opisów, dialogów czy odniesień do twórczości Lovecrafta. Znajdzie się także kilka easter eggów – warto słuchać radia w karczmie.

Zobacz również: Kraina Indyków #1 – Pantsu Hunter, LoveChoice, Friday the 13th: Killer Puzzle

Na koniec wspomnę, że w grze mamy polskie napisy, co zapewniło przekroczenie odpowiedniego progu na Kickstarterze. W większości przypadków tłumaczenie jest poprawne, lecz zdarzają się głupie błędy, typu zła forma osobowa, a cześć opisów oraz pewna sekwencja (bitwy raperskiej u Vlada – mimo wszystko to było świetne) nie zostało przetłumaczone. Warto jednak docenić, że dostaliśmy lokalizację.

Gibbous: A Cthulhu Adventure zdawał się być tylko kolejnym tworem, które chce zaistnieć, wykorzystując twórczość H.P. Lovecrafta. Okazało się jednak, że jest to obecnie chyba najlepsza gra osadzona w świecie stworzonym przez tego pisarza. Przyczyniło się do tego niekonwencjonalne podejście twórców do tematu, którzy postanowili przekazać graczom horror na wesoło – i to się udało. Sama historia jest świetna, a pomieszanie tego jeszcze z sarkastycznym humorem daje niezwykły efekt. Trudno oderwać się od bardzo dobrych dialogów, opatrzonych świetnym dubbingiem, które dodatkowo rozbrzmiewają na tle fantastycznie wyglądających lokacji. Aż ciężko uwierzyć, że za grę odpowiada zaledwie trzyosobowe studio z Transylwanii. Trzymam kciuki za ich kolejne produkcje, a Wy kupujcie Gibbous: A Cthulhu Adventure, aby pokazać im, że robią to dobrze.

Grę Gibbous: A Cthulhu Adventure kupicie na:

gog

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor współprowadzący działu Gry

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?