Space Hulk: Deathwing – Enhanced Edition – recenzja odwiedzin na kosmicznym złomowisku

Za oknem czuć już lato. Dlatego postanowiłem zacząć powoli planować tegoroczny urlop. Zawsze staram się wybierać egzotyczne kierunki moich wypadów. W tym roku pozazdrościłem szybującej na orbicie Tesli i postanowiłem także sobie polatać. Z pomocą pośpieszył mi Space Hulk: Deathwing, który zabrał mnie na kosmiczną przygodę. Jakie wrażenia przywiozłem z wakacji możecie przeczytać w poniższej recenzji.

W grze wcielamy się w Bibliotekarza, potężnego, obdarzonego psionicznymi mocami członka Space Marines. Naszym głównym zadaniem jest przeszukiwanie olbrzymiego, tytułowego złomowiska, w poszukiwaniu potężnych artefaktów. Musimy je jak najszybciej zabezpieczyć, nim trafią w niepowołane ręce. Na szczęście możemy liczyć na wsparcie niewielkiego oddziału, którym dowodzimy, gdyż na naszej drodze staną całe setki niezbyt przyjaźnie nastawionych poczwar.

Zobacz również: Vampyr – recenzja gry o wampirach, którym daleko do tych ze Zmierzchu

Od strony technicznej Space Hulk: Deathwing jest typowym FPSem. Ja osobiście tytuł ten porównałbym do czegoś z pogranicza Dooma  (głównie za siekanie w drobny mak setek genokradów) i Titanfalla (za pancerz w którym walczymy). Opcja wydawania poleceń naszemu oddziałowi także powinna zaowocować porównaniem do jakiegoś tytułu, w którym dowodzimy swoimi sojusznikami.Jednak z racji faktu, że opcja ta nie działa prawidłowo i wspomagające nas NPC zachowują się niejednokrotnie absurdalnie (nie raz miałem wrażenie, że to podwójni agenci) to nie zaszczycę tego aspektu gry specjalnym wyróżnieniem.

Do naszej dyspozycji zostaje oddany dość spory wybór różnorodnych broni – zarówno białej, jak i dystansowej. Oprócz tego możemy korzystać z mocy psionicznych, które stanowią potężne wzmocnienie naszego arsenału bojowego. Ich możliwości (i naszych towarzyszy) możemy zwiększać dzięki odblokowywaniu specjalnych umiejętności w miarę postępów w grze. Niestety system rozwoju postaci nie powala i ogranicza się do bezmyślnego rozdzielania zdobytych perków między trzy grupy.

Space Hulk

Fot. Screen z gry Space Hulk: Deathwing – Enhanced Edition

Zobacz również: Moonlighter – recenzja gry będącej połączeniem pikselowego Diablo z symulatorem sklepu

Od strony graficznej Deathwing wygląda dość dobrze. Olbrzymie lokacje (jest gdzie się zgubić) wyglądają naprawdę ciekawie, a siekanie hord genokradów daje sporo satysfakcji. W grze zauważymy bogatą różnorodność. W jednej chwili cieszymy oczy rozległymi pomieszczeniami, które kojarzyć się mogą z olbrzymimi katerami, by po chwili puścić się w plątaninę wąskich tunelów, w których osoby chore na klaustrofobię mogą dostać palpitacji serca. Całości wrażenia dopełnia plumkająca w tle, nastrojowa muzyczka.

Jednak najjaśniejszym punktem Space Hulk jest zdecydowanie zabawa sieciowa. Moment, w którym zdecydujemy się zastąpić naszych ułomnych kompanów sterowanych przez SI, drużyną złożoną ze znajomych, jest najlepszym naszym wyborem w grze. Dopiero wspólne granie w kooperacji daje odrobinę frajdy. Ale nawet wówczas nie ma fajerwerków i dość szybko zabawa zaczyna się nudzić.

Space Hulk

Fot. Screen z gry Space Hulk: Deathwing – Enhanced Edition

Zobacz również: Zagrajmy w to jeszcze raz – Maize (2016)

Niestety mimo wielu prób i szczerych chęci, więcej jasnych stron tego tytułu nie udało mi się znaleźć. Z każdą godziną obcowania z Deathwing na jaw wychodziły kolejne niedociągnięcia i problemy gry. Największą jej bolączką jest zdecydowanie fabuła, która sama w sobie jest po prostu nudna. Aż dziw bierze, że twórcy zdecydowali się zmarnować taki potencjał. Zostajemy wrzuceni do świetnie wykreowanych lokacji,  w których po prostu się nudzimy, bo fabuła nie oferuje nam żadnych ciekawych przygód. Zazwyczaj nasza rola ogranicza się do kilkukrotnego przejścia całej rozległej planszy plątaniną korytarzy i wciśnięcia kilku przełączników.

Całość miały ratować znajdźki rozsiane po zakamarkach odwiedzanych lokacji. Jednak zupełnie nie rozumiem po co. Przypomnę, że mapy są naprawdę dość duże, a my (za sprawą naszego pancerza) poruszamy się po nich ociężale i strasznie wolno. Szukanie przedmiotów kolekcjonerskich w takich warunkach to po prostu męczarnia. Do tego artefakty które znajdujemy są zupełnie bezużyteczne dla naszej postaci. Pamiętam swoje rozczarowanie po znalezieni potężnego kostura w pierwszych minutach zabawy, który po prostu wylądował w mojej kolekcji i nie mogłem go użyć. Znajdywane przedmioty nie wnoszą także niczego nowego do fabuły gry. Po prostu są.

Zobacz również: Jurassic World Alive – recenzja mobilnego polowania na dinozaury

Nawet najlepiej prezentująca się strona gry, czyli sieciowa kooperacja, nie jest pozbawiona wad. Przede wszystkim twórcy nie zadbali o to, aby przygotować nam coś specjalnego do trybu multi. Dlatego grając ze znajomymi, rozgrywamy dokładnie te same misje, w które graliśmy już w kampanii. Strasznie irytuje system podziału dostępnych broni na specjalizacje oraz każdorazowa konieczność ich odblokowywania. W efekcie jeśli podpasuje nam dana broń, to jesteśmy zobligowani do wyboru konkretnej postaci. Dodatkowo nim będziemy mogli wyposażyć się w nasz ulubiony oręż, to i tak najpierw musimy w każdej misji go odblokować (dokonując szeregu zabójstw inną bronią).

Pod koniec każdej recenzji następuje ten trudny moment, w którym trzeba wystawić ocenę. I tu mam naprawdę poważy problem. Space Hulk: Deathwing jest gra przeciętną. Na jej przykładzie możemy zaobserwować, jak łatwo można zaprzepaścić naprawdę duży potencjał. Przez brak pomysłu na dobre poprowadzenie historii i rozwiniecie ciekawie zapowiadającego się multi, zmarnowano perełkę w postaci pieczołowicie przygotowanych, klimatycznych lokacji. Aż serce boli.

Space Hulk

Fot. Screen z gry Space Hulk: Deathwing – Enhanced Edition

Zobacz również: Harry Potter: Hogwarts Mystery – recenzja gry zmieniającej telefon w magiczną różdżkę!

Ostateczne wrażenie ratuje trochę sieciowa kooperacja, dzięki której możemy pobawić się ze znajomymi. Jednak nawet wspólne wybijanie hord genokradów nie jest w stanie zrekompensować braków w grze. Sieczka (choć przyjemna) to jednak dość szybko się nudzi i do tego nie jest pozbawiona wad. Problemy z płynnością rozgrywki (długim ładowaniem, zacinaniem, a nawet powtarzającym się wywalaniem z gry) potrafią zrazić nawet najbardziej wyrozumiałych i cierpliwych graczy.

W końcowym rozrachunku Deathwing rysuje się dość nieciekawie. Może gdyby tytuł powstawał trochę dłużej lub miał odrobinę większy budżet, to gra wyglądałaby lepiej. Jednak w tej formie pozostawia sporo do życzenia. Fani uniwersum Warhammera 40,000 zapewne sięgną po nią, aby poznać nowy fragment przygody. Wielbiciele FPSów także powinni spróbować, może odnajdą w Space Hulk coś, czego ja nie dostrzegłem. Jednak z zakupem warto poczekać do czasu, aż gra będzie w atrakcyjnej promocji.

Grę kupicie na stronie Kinguin.net

kinguin

Fot. Kinguin.net

Gra była recenzowana na platformie PlayStation 4

Ilustracja wprowadzenia: Screen z gry Space Hulk: Deathwing – Enhanced Edition

Dziennikarz

Na pełny etat bronię Galaktyki strzelając z blastera, latając X-Wingiem i wymachując mieczem świetlnym.
Później pozwalam odpocząć nadgarstkom od pada relaksując się przy lekturze ulubionych komiksów i oglądaniu filmów.
A o moje zdrowie i kondycję dbają troskliwe Pokemony, które codziennie wyciągają mnie z domu na długie spacery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?