Hellblazer by Warren Ellis – recenzja komiksu

Wydawnictwo Egmont w szczególny sposób poczęło wydawać u nas Hellblazera. Kultową serię Vertigo liczącą sobie trzysta numerów, przez którą przewinęło się sporo twórców. U nas postawiona na niektórych z nich i obok dwóch albumów Briana Azzarello i trzech Gartha Ennisa dostajemy pojedynczy album pióra Warrena Ellisa. Bezsensowne pocięcie legendy? Pozornie tak, ale jeśli przyjrzymy się bliżej, to całość przyjemnie się zazębia wspominki z jednego runu, są zrozumiałe dzięki wydarzeniom z innego. Hellblazer by Warren Ellis objętościowo jest znacznie szczuplejszy niż choćby dowolny tom runu Ennisa, co wcale nie oznacza, że w jakimkolwiek stopniu mu ustępuje.

Strona komiksu Hellblazer by Warren Ellis

Przy okazji recenzji Hellblazer by Garth Ennis tom 3 pisałem o niebezpieczeństwie relacji z Johnem Constantine’m. Jeśli jesteś przyjacielem- jest nikła szansa, że nie dorwie cię złe licho. Jednak gdy ktoś odda mu swe serce, marny jego los. Warren Ellis przy okazji sprawy jednej z tragiczniej zmarłych byłych kobiet Johna przedstawia poczet jego dam. Nieszczęsnych niewiast, które dostrzegły w blondasie całkiem niezłą partię, mimo że w głębi duszy czuły od niego coś o wiele bardziej niepokojącego niż woń nikotyny. Śmierć Isabel Bracknell to jednak coś więcej niż okazja do wspominek, a są one jedynie zwieńczeniem pewnej części biografii Johna.

Strona komiksu Hellblazer by Warren Ellis

Często spotykam się z argumentem, że komiks jest beznadziejny, bo jest „przegadany”. Większość ludzi tak twierdzących najwyraźniej albo nie miało do czynienia z klasyczną literaturą co bardziej rozpisanych autorów lub nie czytało generycznej superhero z lat 60. Czemu to piszę? Bo Constantine według Ellisa mówi dużo, gawędziarsko i zazwyczaj mało optymistycznie. Przesiąknięte niechęcią do rzeczywistości monologi liverpoolskiego egzorcysty są oczywiście wyśmienite, ale zapewne znajdą się miłośnicy akcji, dynamiki i fajerwerków, które duszą formą bez treści. Większość wydarzeń tutaj jest stosunkowo statyczna. John czasami spotyka demona, ale jego działania to nie misje Hellboy’a, ciągle rzucanego z jednego końca świata na drugi z wielką giwerą w łapie. To, co najlepsze  dzieje się poza sceną, jak dosłownie mrożąca krew w żyłach opowieść pewnego Japończyka czy zbiór teorii spiskowych z udziałem królewskiej rodziny i reptilian.

Hellblazer to cykl, który musi mieć charakterystycznych, mocnych rysowników. Wgryzających się w pamięć jak dym tytoniowy w ubrania i uderzających do głowy jak kilka pint Guinnessa. Występujący w poprzednich tomach Marcelo Frusin czy John Higgins są właśnie tacy i niezależnie od tego, jak scenarzysta widzi Constantine’a, to jego otoczenie jest graficznie niezmiennie. Londyn i miasta Brytanii dalekie od wyidealizowanych obrazków.  No i sam John, w prochowcu i krawacie snujący się od kłopotu do kłopotu. Tą drogą idą też Phil Jimenez czy Frank Teran, przyczyniając się do tego, że po kilku już tomach Hellblazera spojrzycie na Brytanię w nieco inny sposób.

Strona komiksu Hellblazer by Warren Ellis

Tomy Azzarella nie miały mocy tych autorstwa Gartha Ennisa. Hellblazer by Warren Ellis trzyma jednak poziom równy temu drugiemu, ale nie sposób nie zauważyć, że ma inne pomysł na angielskiego maga, acz nieodstające od pewnych ram tej postaci. Jednocześnie ten tom jest najlepszym starterem dla początkującego czytelnika i jeśli miałbym wskazać kolejność poznawania przygód Constantine’a, to odwróciłbym tę zastosowaną przez wydawcę. Twórca Planetary ujął w nim najważniejsze cechy postaci i stałe jego świata w przystępnej formie. Ale to nie koniec Hellblazera na naszym rynku. Egmont wysłuchał moich modłów, bo w planach są jeszcze dwa tomy Jamie’go Delano. Artysty mniej znanego na polskim rynku, ale tworzącego znakomite historie z Johnem Constantine’m.


Okładka komiksu Hellblazer by Warren Ellis

Tytuł oryginalny:  Warren Ellis presente Hellblazer
Scenariusz: Warren Ellis
Rysunki: John Higgins, Javier Pulido, Phil Jimenez, Marcelo Frusin, Frank Teran, Timothy Bradstreet, James Romberger
Tłumaczenie: Marek Starosta
Wydawca: Egmont 2020
Liczba stron: 272
Ocena: 90/100

Dziennikarz, gitarzysta, miłośnik sztuki wszelakiej. Za autorytety stawiający sobie Alana Moore'a, Jimmy'ego Page'a i Julesa Verne. Osobnika tego można spotkać starówkach miast Rzeczypospolitej, które traktuje jak wehikuł czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?