Recenzja thrillera „Stare grzechy mają długie cienie”

Na kartach historii Hiszpanii, zwłaszcza najnowszej, zapisanych jest wiele mrocznych wydarzeń. Ciągnące się przez lata dramaty, z których największym i najdłuższym była niewątpliwie dyktatura Franco, rzuciły cień na kojarzący się ze słońcem i plażą Półwysep Iberyjski. Jeśli choć trochę orientujecie się w hiszpańskim kinie, to na pewno zauważyliście, że jak na kraj z takim wizerunkiem, ich produkcje są wyjątkowo smutne – nawet Almodovar miał swoje melancholijne momenty. Mam wrażenie, że to właśnie w kinie Hiszpanie odnaleźli sposób, aby „przepracować” narodowe traumy. W takim duchu nakręcony jest tegoroczny zdobywca nagród Goya (hiszpańskie Oscary), „Stare grzechy mają długie cienie”, który od dziś może oglądać polska widownia.

Film Alberto Rodrígueza to thriller w bardzo europejskim stylu (skojarzenia ze skandynawskim Wallanderem nieprzypadkowe). Fabuła jest mocno skondensowana, brak tu efekciarskich zwrotów akcji, charakterystycznych dla produkcji rodem z Hollywood. Napięcie reżyser buduje od samego początku i trzyma w nim widza aż do scen końcowych. Cała esencja tkwi jednak w historii i realiach, w których została osadzona. Akcja dzieje się bowiem w 1980 roku, czyli na pięć lat po śmierci dyktatora Franco. Hiszpania jest w trakcie Transformacji. Dwóch policjantów dostaje sprawę do rozwikłania – w małym miasteczku w Andaluzji zaginęły nastoletnie dziewczyny. Pedro (Raúl Arévalo) to młody detektyw z powołania, nieskażony przeszłością, symbol nowego porządku. Juan (Javier Gutiérrez) natomiast to glina, który karierę zaczynał jeszcze za czasów Franco, jest bardziej konserwatywny, a jego przeszłość budzi wątpliwość. Stworzenie z tej dwójki policyjnego duetu to świetny zabieg, który sprawia, że dosyć typowa sprawa kryminalna staje się nietypowa.

Klimat świetnie budują tu światła i zdjęcia. Chociaż akcja dzieje się w upalnej Andaluzji, to nie brakuje tu ciemnych, „zachmurzonych” ujęć. Znacie to uczucie w środku lata, gdy zaraz ma się rozpętać burza? Powietrze jest gęste, słońce się chowa, choć wciąż jest potwornie gorąco. Tak właśnie czuje się widz w trakcie oglądania filmu. W przypadku zdjęć sprawa jest jeszcze ciekawsza. Pomimo że w obrazie Rodrígueza jest mnóstwo ujęć, gdzie na pierwszym planie są duże, wolne przestrzenie (pole, rzeka, wiejska droga), to atmosfera filmu jest bardzo klaustrofobiczna. Być może dlatego, że akcja toczy się w małym miasteczku, a może dlatego, że panuje w nim zmowa milczenia, ale ostatecznie efekt jest taki, że atmosfera na ekranie jest tak gęsta, że można by ją ciąć.

„Stare grzechy mają długie cienie” to jeden z lepszych thrillerów tego roku. Nie ma w nim żadnych dłużyzn, a w oczy nie rzucają się żadne niedopracowane elementy, przez które bardzo często tego typu produkcje stają się przewidywalne i nieciekawe. Film Rodrígueza to też dowód na to, że można stworzyć trzymający w napięciu thriller, nie pokazując na ekranie sterty trupów, zbędnego strzelania czy pościgów (tutaj mamy jeden pościg, w retro samochodach ;)). Okazuje się, że przepis na dobry thriller jest bardzo prosty. Wystarczy dobry scenariusz i odpowiednia ekipa realizatorska, a sukces murowany.

Dziennikarz

Absolwentka Iberystyki na Uniwersytecie Warszawskim. Zawodowo związana z branżą reklamową. Fanka filmów klasy A i Z.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?