Maria Skłodowska-Curie – recenzja filmu o polskiej noblistce

Polscy naukowcy są ostatnio w cenie. Zaczęło się oczywiście od Bogów, gdzie Łukasz Palkowski w żwawym, bezpretensjonalnym stylu opowiedział nam o tym jak to w siermiężnej Polsce serca przeszczepiano. Skuszeni tamtym sukcesem decydenci postanowili zrobić utrzymany w tej samej konwencji (a przy okazji tej samej epoce) i podobnym tempie film o Michalinie Wisłockiej. Trochę przez przypadek, z racji takiej a nie innej daty premiery, film o Marii Skłodowskiej-Curie wpisuje się w tę falę popularności „polskiej myśli naukowej”. Przez przypadek, bo Maria Skłodowska-Curie to produkcja międzynarodowa tworzona nie tylko dla polskiego widza, utrzymana w innej stylistyce. Z drugiej strony zupełnie inne podejście, odmienna, bardziej sensualna, a mniej gatunkowa stylistyka filmu o noblistce może stanowić ciekawy kontrapunkt, dla wcześniej wspomnianych filmów. Szkoda jedynie, że jest to kontrapunkt trochę niewydarzony…

Zacznijmy jednak od początku. Marie Noelle – reżyserka filmu – wychodzi z całkiem słusznego założenia, że opowiedzenie całego życia tak barwnej postaci jak Skłodowska, byłoby zadaniem karkołomnym i raczej średnio wykonalnym. W związku z tym, postanowiła skupić się na dosyć burzliwym okresie życia Marii, którego granice wyznaczają (plus/minus) daty przyznania bohaterce obu noblowskich nagród. Wtedy to, słynna chemiczka musiała pogodzić się z tragiczną śmiercią męża, przejąć po nim katedrę na Sorbonie, wywalczyć sobie miejsce w męskim świecie nauki, a także poradzić z nadmiernym zainteresowaniem mediów jej dosyć burzliwym życiem prywatnym. Między tymi wszystkimi, było nie było dosyć pochłaniającymi zajęciami, bohaterka musiała pracować na drugiego Nobla. Jak widać wątków do uchwycenia jest całkiem sporo.

Aby opowiedzieć tak bogatą i uchwycić tak wiele srok za ogon Noelle rezygnuje z linearnego prowadzenia fabuły od punktu A do punktu B na rzecz budowania pewnego wrażenia czy, jak wolą niektórzy impresji,  na temat Skłodowskiej. Cel szczytny, ale jednak wykonanie już dużo gorsze. Dlaczego? Film przypomina niestety do pewnego stopnia (nie)sławnego polskiego Wiedźmina. Podobnie jak w przypadku tamtego dziełka można odnieść wrażenie, że ktoś miał pomysł na stworzenie całego serialu, po czym, stara się upchnąć wszystkie swoje pomysły w ograniczonym filmowym metrażu. Efekt? Fabularna schizofrenia. Maria Skłodowska – Curie przypomina przez większość czasu pędzący na łeb, na szyję teledysk. Zlepek średnio powiązanych ze sobą scen, które ciężko powiązać w spójną całość. Fakt ten smuci tym bardziej, że w filmie zarysowanych jest sporo faktów z życia Marii mających spory dramaturgiczny potencjał. Niestety, w większości przypadków wątki te zostają mocno spłaszczone lub ledwo naszkicowane. I tak mamy, np. historię rozpaczy Marii po śmierci Piotra Curie, która sprowadza się do kilku scen gdzie główna bohaterka widzi „powidok” męża w odbiciu szyby. Za chwilę jest mamy coś o dorobku naukowym. Jak to pokazać? A no najlepiej jako montażową sklejkę (z dzielonym ekranem!!) gdzie Skłodowska miesza probówki. Reżyserka nie pokusiła się nawet o to żeby wyjaśnić widzom dlaczego odkrycia Marii były tak ważne. Podobnie niestety ma się sprawa z polskimi korzeniami oraz… relacja z dziećmi. Jedyne wątki, które są w jakimś stopniu spełnione to te związane z walką o „miejsce kobiety w męskim świecie” oraz historia romansu z Paulem Langevin. Jednak i tu nie spodziewajcie się jakiś fajerwerków czy wielkich wzruszeń. Walka o katedrę na Sorbonie to kilka kłótni w ciasnej sali oraz konfrontacja z granym przez Daniela Olbrychskiego Emile Amagatem, który został tam umieszczony głównie po to aby rzucić jednym sprośnym żartem. Romans z Langevinem jest poprowadzony lepiej i dobrze, że zwraca uwagę na fakt, że „zaszczuwanie” przez media to wcale nie taki nowy wynalazek.

Jednak, o ile Maria Skłodowska-Curie raczej zawodzi na poziomie konceptu to już nie można tego samego powiedzieć o wykonaniu. Wnętrza, kostiumy, scenografia – wszystko wygląda jak należy. Również jeśli chodzi o warstwę wizualną raczej nie ma się czego wstydzić. Nie jest to coś co rozsadzi Wam powieki, ale taki „europejski standard” został zachowany. Szkoda tylko, że te przyzwoicie wyglądające środki zostają wykorzystane w niezbyt sprawnie wyreżyserowanych scenach i średnio napisanych dialogach. Na największą uwagę i pochwałę zasługują tak naprawdę aktorzy. Karolina Gruszka w głównej roli sprawdziła się naprawdę dobrze. Maria w jej interpretacji nie jest twardą heroiną jak Wisłocka Boczarskiej. To raczej poświęcona pracy kobieta, która po prostu wierzy w siłę swoich odkryć i które chce przekazać jak najszerszej publiczności. Arieh Worthalter również nieźle się sprawdza jako człowiek rozdarty między życiem rodzinnym a namiętnością. Na koniec pozostaje więc tylko wiara. Wiara w to, że Maria Skłodowska w końcu dostanie film na jaki zasługuje. 

Ilustracja wprowadzenia: Christian Hartmann / materiały prasowe

Dziennikarz

Redakcyjny hipster. Domorosły krytyk filmowy, fan mieszaniny stylistyk i kreatywnego kiczu. Tępiciel amerykańskiego patosu i polskich kom-romów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?