Czerwony żółw – recenzja nominowanej do Oscara animacji Studia Ghibli

Mimo, iż Czerwony żółw rozpoczyna się jakże charakterystycznym logiem japońskiej wytwórni Studia Ghibli, trudno uznać tą produkcję za tytuł należący do żelaznego kanonu wytwórni. Po raz pierwszy reżyserem został ktoś z zewnątrz – mianowicie Holender Michael Dudok De Wit, autor nagrodzonej Oscarem animacji krótkometrażowej Ojciec i córka. Ghibli otwarło swoje podwoje na outsidera i wyszło na tym świetnie, otrzymując za film deszcz nagród oraz nominację do Oscara. Mimo różnicy kulturowej De Wit doskonale oddał magię, umiłowanie przyrody i uniwersalność, którą znamy z japońskich animacji.

Zobacz również: Auta 3 – recenzja nowej animacji Pixara

Zacznijmy od czegoś, co dla wielu widzów może być największym problemem podczas oglądania Czerwonego żółwia: w tym osiemdziesięciominutowym filmie nie pada ani jedno słowo. Jasne, są jakieś pomruki, dyszenie, chrząknięcia, ale nie ma żadnych słów. Czy jest przez to niezrozumiały, niejasny i trudny do odczytania? Wręcz przeciwnie. Ilość sensów, znaczeń i niedopowiedzeń rośnie, a historia jest niezwykle prosta i nie trzeba do niej żadnych słów. Wiele da się powiedzieć obrazem i muzyką. Kino już przecież tak działało, na samym początku swojego istnienia. Jedynie odbiorcy oczekujący po kreskówce niekończącej się paplaniny, gagów słownych i niewybrednych żartów, będą mieli problem z tą produkcją. Natomiast dla wielu rodziców, którzy wybiorą się z dziećmi do kina, może być to nawet rodzaj medytacji.

czerwony zolw 01

Zaczyna się jednak nie tak bardzo spokojnie. Widzimy mężczyznę, rzucanego przez ogromne fale na środku oceanu. Prawdopodobnie jego statek zatonął, a on walczy o życie. Więcej o nim się nie dowiemy. Kim jest, skąd pochodzi, dokąd zmierzał. Następnego dnia obudzi się na plaży. Okazuje się, że jest na wyspie. Zbiera siły i rozpoczyna poszukiwanie jedzenia i słodkiej wody. Szybko też decyduje, że chce tą bezludną krainę opuścić. Buduje tratwę i wypływa – nie udaje mu się oddalić zbyt od brzegu, kiedy jego amfibię niszczy olbrzymi, czerwony żółw. Skołowany mężczyzna wraca na ląd i próbuje ponownie. Za każdym razem efekt jest taki sam – tajemnicze zwierzę z jakiegoś powodu nie chce, by człowiek odpłynął z wyspy.

czerwony zolw 02

Po tym dość nietuzinkowym połączeniu Przypadków Robinsona Cruzoe z Anakondą film zalicza dość znaczący zakręt fabularny, o którym nie będę się rozpisywał, bo są jeszcze może tacy, którzy nie czytają opisów i unikają trailerów przed pójściem do kina (chwała wam za to!). Nadmienię tylko, że wszystko powoli zaczyna nabierać sensu, a z opowieści o przetrwaniu Czerwony żółw staje się przypowieścią o rodzinie, przemijaniu i cyklach życia. Pod tą piękną, momentami zabawną, momentami uroczo słodką bajką, skrywają się poważniejsze wątki, mówiące o naszych słabościach, małostkach, strachu i samotności. Wszechobecna natura jest równoznacznym bohaterem filmu – momentami statycznie górująca nad postaciami, czasami są pocztówkowym tłem, by za chwila swoją siłą decydować o życiu i śmierci. I o odwiecznym romansie człowieka z naturą w gruncie rzeczy opowiada animacja Dudoka De Wita. W powtarzającym się motywie z zabawnymi krabami, towarzyszącymi mężczyźnie, które są niemalże gwarantem komicznego interludium, pojawia się jedna scena, nazwijmy ją „posiłku na padlinie”, żywcem wyjęta z National Geographic. Choć w innym filmie byłaby ona zupełnie nie na miejscu, tutaj doskonale uzupełnia przesłanie obrazu, zdradzając jego głębsze ambicje.

czerwony zolw 03

Patrzenie na świat narysowany przy pomocy tradycyjnych metod filmu rysunkowego, wspomaganych technologią komputerową, jest istną ucztą. Twórców nie obchodzi technologia 3D, wysoka rozdzielczość i wypaśne detale. Płaskość i prostota obrazu ma w sobie coś ujmującego. Wspaniały od strony realizatorskiej Czerwony żółw to udany miks Studia Ghibli z kulturą europejską, w którym japońska legenda nie zatraciła swojej tożsamości, ale podbiła nowe terytoria. Choć być może nie ma tam typowych, nawiązujących do kraju kwitnącej wiśni motywów i opowieść jest o wiele bardziej uniwersalna, ale jak na Ghibli przystało, gwarantuje emocje, wzruszenie, łzy i poczucie radości. Po opuszczeniu sali projekcyjnej pozostanie w nas to niesamowite wrażenie, że przed chwilą obcowaliśmy z czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym. Choćby dla tej poprawy humoru warto wybrać się do kina.

 

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?