Darkland – recenzja kina zemsty z wątkiem emigranckim w tle

Udane podejście do kina quasi-superbohaterskiego to rzecz wyczekiwana, bo przyziemne historyjki tego typu, nieoparte na żadnej franszyzie, mogą być zachętą dla twórców dysponujących mniejszym budżetem. Oglądając duński Darkland można uronić łezkę, że za morzem komuś to wychodzi, kiedy Polska wciąż czeka na godną filmową wersję „Złego” Leopolda Tyrmanda.

Darkland recenzja 1

Obie te historie zresztą łączy postać samozwańczego stróża prawa, który wychodzi wieczorami w miasto i tłucze rzezimieszków, choć tutaj mamy wersję bliższą komiksowemu Punisherowi i tzw. „genezom postaci”. Aby pomścić brata, znany lekarz irakijskiego pochodzenia Zaid postanawia zacząć wymierzać sprawiedliwość jako zamaskowany, używający militarnego sprzętu wojownik. Lekarz domyśla się, że zbrodnię musiał popełnić ktoś z arabskiego gangu dowodzonego przez okrutnego, i nieco przerysowanego Semiona. Zaid postanawia więc zostać inkarnacją sprawiedliwości, która rozprawi się z przestępczością na ulicach i wymierzy karę zabójcy brata.  Znaczną część filmu stanowi jego przeobrażanie się – treningi kickbokserskie (w bardzo surowym stylu, przypominające film dokumentalny o takim chociażby Khalidovie), strzelnica, zbieranie ekwipunku, pozbywanie się oporów przed odebraniem życia, pierwsze kroki.

Darkland recenzja 2

Ciekawe w filmie jest też to, że rozgrywa się głównie w środowisku arabskich emigrantów i jest ono ukazane bez lukru, z reporterskim zacięciem. Najbardziej kuleje jedna motywacja głównego bohatera granego przez Dara Salima – brakuje mu głębi znanych komiksowych herosów, a przywieziona jeszcze z Bliskiego Wschodu i zbudzona „plemienność” drugiego pokolenia emigrantów z Iraku, która mogłaby w pełni tłumaczyć jego zaangażowane w wymierzanie sprawiedliwości za śmierć brata, potraktowana jest po macoszemu. Pozostaje wrażenie, że postać Zaida pozszywano ze znanych, nieco wyświechtanych elementów – lekarskie korzenie rodzinne niczym u Batmana, brutalność Punishera oraz bikerska stylówka jak u Ghost Ridera.

Darkland recenzja 3

Reżyser, Fenar Ahmad, próbował stworzyć opowieść superbohaterską, która twardo akcentuje problemy współczesnej Europy. Z jednej strony ociera się o mnóstwo sztamp, a z drugiej – odważnie kroczy ścieżką wydeptaną przez kino zemsty. Trzęsąca się kamera, brutalne sceny walki wręcz, obsesyjne szukanie pierwotnego mroku na ulicach Kopenhagi sprawiają, że pojawia się pewna dychotomia między światem przedstawionym, a napędzanym jedynie „obietnicą przygody” wątkiem rodzinnym.  Szkoda, bo Darkland mógł być gatunkowym komentarzem na temat tożsamości emigrantów i choć przebija się on w niektórych scenach, twórca ucieka w trzecim akcie w ociekającą krwią kulminację, znaną z filmów klasy B. Coś jednak po wyjściu z kina sprawia, że widz gotów jest przysiąc, że całość trwała krócej niż w rzeczywistości. Warto przyglądać się Ahmadowi, bowiem niewątpliwie dobrze składa tutaj elementy podpatrzone u innych i dowodzi, że warto próbować objąć za pomocą kina gatunkowego ten skomplikowany świat, całkiem nam bliski.

Redaktor

Z wykształcenia polonista i kulturoznawca. Stworzyły go filmy, może go też zabiją.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?