Liga sprawiedliwosci

The Square – recenzja rewelacyjnego filmu nagrodzonego Złotą Palmą w Cannes

Zanim wiosną tego roku Ruben Östlund zgarnął główną nagrodę festiwalu filmowego w Cannes, kilka lat temu furorę zrobił tam jego poprzedni film – Turysta, prezentowany w sekcji „Pewien przegląd”. The Square to godny następca tamtego tytułu i rozwinięcie typowych dla twórcy wątków. Z perfekcyjnym zmysłem obserwatora, prześmiewcy i kuratora ludzkich zachowań, reżyser potwierdza swoją pozycję najbardziej interesującego twórcy w Europie.

Zobacz również: mother! – recenzja przedpremierowa filmu Aronofsky’ego z festiwalu w Wenecji

Pamiętacie, jak w Turyście wszystko rozpoczęło się od komórki zostawionego na stoliku w czasie lawiny? Tutaj również zaprezentowano telefon jako punkt zapalny do całego ciągu zdarzeń. Christian (duński aktor Claes Bang) jest kuratorem muzeum sztuki nowoczesnej w Sztokholmie. Pewnego ranka zmierza do pracy i zostaje okradziony w sposób, który przypomina wydarzenie artystyczne przeprowadzone przez zawodowego kieszonkowca. Ginie jego iPhone, portfel i spinki do mankietów należące do jego dziadka. Próba odzyskania tych przedmiotów pochłonie całą jego uwagę, choć tak naprawdę powinien zajmować się czymś innym. W muzeum przygotowywana jest wystawa „The Square”, a zespół placówki, wspólnie z firmą PR-ową, pracuje nad strategią promocji tego wydarzenia. Dodatkowo Christian wplątuje się w romans z amerykańską dziennikarką Anne (Elisabeth Moss), zapominając o dwóch córkach, nad którymi przejąć ma opiekę od swojej byłej żony.

THE SQUARE RUBEN OSTLUND

Östlund nieustannie stawia swojego bohatera pod ścianą, kwestionując jego wybory i poglądy. Począwszy od wywiadu, którego udziela Anne, przez decyzje podejmowane w pracy (koszmarne pomysły dotyczące promocji) i życie prywatne. Najbardziej karkołomna z nich, czyli napisanie listu do złodzieja, który rozprowadzi w całym bloku, w którym może być telefon (odnaleziony dzięki aplikacji „znajdź mój iPhone”), odbije się na nim najmocniej. Bo, co prawda, bohater odzyska skradzione przedmioty, ale też zezłości jednego z niewinnych mieszkańców, który domagał się będzie od mężczyzny prostych przeprosin. Jak zachowa się w tych niewygodnych dla niego sytuacjach Christian i co pomyślą o nim dorastające córki – z takim pytaniem zostawi nas na koniec reżyser. Podobnie jak w Turyście, to w oczach rodziny przegląda się prawdziwa twarz bohatera.

the square 02

Osobny wątek poświęcono sztuce współczesnej, którą mocno wziął pod włos Östlund. Chyba nigdy tak głośno nie śmiałem się w kinie z absurdów, które wiążą się z wystawami, performansami i ideologią im towarzyszącą. Od kupek gruzu w pustej przestrzeni, które aż proszą się o sprzątnięcie, przez instalację ze skrzypiącymi krzesłami, która jest groteskowym tłem do poważnej rozmowy, po tytułowy „The Square”, który ma być przestrzenią, gdzie ludzie mają brać za drugiego odpowiedzialność, a śmiechowi towarzyszą momenty szczerego zażenowania. I jeżeli scena publicznego spotkania i rozmowy z artystą (Dominic West) przerywanej wybuchami przekleństw jednego z widzów z zespołem Tourette’a wydaje się być łatwym i efekciarskim posunięciem, to już sekwencja, w której artysta Oleg (Terry Notary, pracujący m.in. przy Wojnie o planetę małp) odgrywa goryla zaznaczającego swoją dominację w stadzie podczas uroczystej kolacji z zamożnymi patronami muzeum, jest niekomfortowa, nieprzyjemna i zabawna jednocześnie. Jest to kolejna scena typowa dla Östlunda, niosąca w sobie jednocześnie przekaz filmu, ale będąca też wizualnym majstersztykiem samym w sobie.

Zobacz również: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – film, który zachwycił widzów na festiwalu w Wenecji: zobacz zwiastun

Mógłbym wskazać kilka słabszych punktów The Square, jak nie do końca rozwinięte wątki z artystą którego gra West i romans z dziennikarką (która dzieli mieszkanie z gorylem), odrobinę wydłużony czas trwania albo zbytnią epizodyczność, ale wcale mi one nie przeszkadzają. Nawet społeczny komentarz, w pojawiających się dość często obrazkach bezdomnych i żebrzących, nie razi mnie prostolinijnością. Mimo ponad dwóch godzin gwarantuję, że ani razu nie spojrzycie na zegarek. A obrazy z tego filmu długo pozostaną w waszych głowach.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta