Botoks – recenzja nowej odsłony filmowego disco polo Patryka Vegi!

Zarówno ty, drogi czytelniku, jak i ty, spoglądający mu przez ramię, drugi czytelniku, nie oszukacie mnie! Wiem, że w ubiegłym roku byliście w kinie na co najmniej jednym Pitbullu Patryka Vegi. Ponad cztery miliony (!!!) ludzi było. Vega znalazł receptę na polskiego widza. Pierwszy – brudny i naturalny Pitbull zmienił się w dresiarsko przaśne Nowe porządki. Potem były Niebezpieczne kobiety, w których reżyser te dwie cechy wybił na pierwszy plan jescze bardziej, przez co nieco przysłonił widzom fakt, że film z Fabijańskim sam w sobie był lepszy od poprzednika. Miał bardziej filmową strukturę, skleconą mniej nieudolnie fabułę i postacie, które od biedy mogłyby się pojawić gdzie indziej, niż u Vegi. Na drugim lub trzecim planie…

Zobacz również: Dorociński powróci w nowym Pitbullu! Znamy oficjalny tytuł i obsadę filmu!

Dzięki temu, filmy twórcy Ciacha wrzuciliśmy do worka rozrywki dla mas, takiej jak rodzime kabarety, KSW czy inne disco polo. Jednak producenci i sam reżyser zarobili na tym tyle, że ani myślą nurtu ostatniego Pitbulla zmieniać. Teraz wchodzi nowy rozdział, bo Botoks to film, który swój target określiłby lepiej już chyba tylko Sławomirem na wokalu i Stiflerem z Ekipy z Warszawy na plakacie.

Patryk Vega, podczas promowania tego filmu, dość łatwo rzucał górnolotne hasła. Że wywoła on debatę publiczną, że jest najmocniejszy w jego karierze, czy że wszystkie przedstawione w filmie sytuacje działy się naprawdę. W ostatniej kwestii akurat mu wierzę. Tak, dobrze czytacie, daję wiarę temu, że te wydarzenia są prawdziwe. A raczej, że Patryk Vega słyszał, że są prawdziwe. Wiecie, widzicie w swojej pracy jakąś śmieszną historię, jednak przed podzieleniem się nią ze znajomymi myślicie sobie: trochę ją ubarwię, będzie większa beka. Opowieść przechodzi ze 4 takie głuche telefony, po czym trafia do naszego reżysera. A on to od razu na ekran…

Zobacz również: Box office ponownie rozbity! To z 500 milionami zysku na świecie!

Jak jakąkolwiek debatę publiczną ma rozpocząć film, który w taki sposób ukazuje w pierwszej scenie motywacje swoich bohaterów? Daniela, grana przez Olgę Bołądź, oraz Strachu (bo już niestety nie pamiętam, jak postać Oświecińskiego miała na imię) są sobie taką zwyczajną patologiczną rodzinką. Później zaczynają robić karierę jako ratownicy. A impulsem do tego jest… no właśnie. Niby to pierwsze dwie minuty filmu ale spoiler i tak komuś może nie pasować, więc zostawię tylko komentarz, że to jedno z najgłupszych wprowadzeń, jakie widziałem w kinie w ostatnich latach. Do tego dorzućmy pierwszy dialog Danieli w filmie. Chcąc błysnąć angielszczyzną, rzuca do swojego ojca Hi, Daddy, na co on odpowiada Ja Ci k**wa dam debil! Panie Patryku Vego, czy wie pan, kiedy śmialiśmy się z Siary Siarzewskiego sypiącego tego typu żarcikami? Dokładnie 20 lat temu.

Ale głównym problemem jest tu to, co dla Vegi wydaje się już standardem. Sceny w tym filmie można puścić w absolutnie losowej kolejności i nic to w jego odbiorze nie zmieni. Czasem tylko po kulejącej Agnieszce Dygant, która uległa wypadkowi na motocyklu, poznawałem, że Vega nie zastosował tu właśnie jakiejś retrospekcji czy czegoś podobnego. W żadnym momencie ten film nie płynie, nie ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego, nic. A jest to o tyle męczące, że tym razem zaserwowano nam seans trwający grubo ponad dwie godziny, Dlatego warto wspomnieć o tym, że ze swoją rolą świetnie dała sobie radę Katarzyna Warnke. Jej pani od aborcji jest na papierze tylko troszeczkę lepiej zarysowana od nijakiej całej reszty, a na ekranie czuć bardzo dużą dysproporcję i to jej zasługa. Za to Stramowski i Fabijański czymś chyba swojemu koledze reżyserowi przez ostatni rok musieli podpaść, bo dostali tylko popłuczyny po swoich dużych ubiegłorocznych rolach.

Recenzując Dunkierkę Christophera Nolana, porównałem reżysera do piłkarza Harry’ego Kane’a jako do człowieka, który swoje warsztatowe niedostatki kryje tym, co umie robić najlepiej. Jeśli w życiu publicznym Polaków miałbym szukać porównania dla Patryka Vegi, postawiłbym na pana Zenona Martyniuka (oczywiście z pozdrowieniami dla najsłynniejszego mieszkańca Podlasia). Nie wygląda jednak na to, żeby z takimi porównaniami było twórcy Botoksu źle. Choćby o nie wiem jak mocnym filmie opowiadał w wywiadach, potem na ekranie wcale nie widać, żeby celował w tego typu target. A nawet gdyby, to strzela ślepakami.

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?