Advertisement



Maudie – recenzja najnowszego filmu Aisling Walsh

Maudie to najnowszy film w reżyserii Aisling Walsh. Na początku opowiadanej historii poznajemy brata oraz ciotkę bohaterki, z którą przyszło jej mieszkać. Maudie koniecznie chce się wyprowadzić i usamodzielnić, jednak największym jej wrogiem jest choroba – reumatoidalne zapalenie stawów. Zgarbione plecy i utykający chód na pewno nie ułatwiają jej życia i jedyną odskocznią od trudów codzienności jest dla niej malowanie, którego i tak nikt nie traktuje poważnie.

maudie2

Szansa na „ucieczkę” pojawia się za sprawą lokalnego ogłoszenia – miejscowy rybak poszukuje gospodyni domowej. Nie zastanawiając się długo, bohaterka wyraża chęć pracy. Z początku Everett niechętnie przyjmuje pod swój dach chorą kobietę – głównie dlatego, że nikt inny się nie zgłosił. I tak zaczyna się trudna, kręta, momentami nie do końca zrozumiała, ale na swój sposób poruszająca relacja między nimi.

Everett jest samotnikiem. Skryty, porywczy, momentami wręcz agresywny mężczyzna stanowi pewną przeciwwagę dla Maudie. I choć na początku nie układa im się najlepiej, to stara się ona docenić to, co ma i pragnie zrozumieć człowieka, z którym dzieli dom. Zauważa w nim ból osieroconego chłopca, który na wszystko musiał ciężko pracować. Jej pokora, wyrozumiałość oraz optymizm pozwalają na pojawienie się uczucia między dwójką bohaterów. Aisling Walsh właśnie z tej relacji czyni najważniejszą składową swojego dzieła. Nie skupia się specjalnie na twórczości Maudie. Artyzm bohaterki stanowi jedynie tło dla wydarzeń w filmie. Moim zdaniem jest to ciekawy i, co ważniejsze, trafny wybór irlandzkiej reżyserki. Dzięki temu film nie jest „zwyczajną” biografią kolejnej artystki, do której dorzuca się elementy fabularne, a potrafiącą złapać za serce, urokliwą opowieścią o tym, że pomimo wieku, własnych wad i poczucia samotności można w życiu odnaleźć szczyptę szczęścia.

maudie

Jadną z największych zalet filmu jest na pewno gra aktorska. Zarówno Sally Hawkins fenomenalnie odgrywa rolę tytułowej Maudie, jak i Ethan Hawke pokazuje ogromną klasę. Obie postacie są bardzo dobrze wykreowane – stonowane, naturalne, bez zbędnej maniery. Pozwala to widzowi wczuć się i w chorobę malarki, i jej zawiłą więź z Everettem.

Jednak mimo tego, że film jest urzekający i ma kameralny, intymny klimat, to czegoś w nim zdecydowanie brakuje. Może odrobinę więcej akcji lub bardziej rozbudowanych postaci drugoplanowych? W moim mniemaniu jest to przykład jedynie poprawnego kina, które nie sprawia bólu podczas oglądania, ale też nie zostaje w pamięci po zakończonym seansie. Polecam każdemu, kto chce obejrzeć całkiem przyjemny, lecz niezobowiązujący obraz.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Największy wróg shaky camery.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?