Liga sprawiedliwosci

Emotki. Film – recenzja jednej z najgorszych animacji ostatnich lat

Backlash, jaki towarzyszył Emotkom od ich debiutu na dużym ekranie w okresie wakacji, sprawił, że wokół tej animacji było naprawdę głośno – tak głośno, że nawet my z ciekawością śledziliśmy tę sagę na łamach naszego serwisu. Nie należę jednak do ludzi, którzy wierzą we wszystko, co przeczytają w Internetach, toteż do takich zbiorowych bluzgów podchodzę z dystansem i wyznaję zasadę, by samemu obejrzeć zlinczowaną produkcję i mieć swoją opinię. No więc tak jak z filmem Botoks, tak i z animacją Emotki. Film popełniłem błąd, bo w obu tych wypadkach mogłem zaufać publice, co zaoszczędziłoby mi jakichś 4 godzin katorgi, męki i nudy, w czasie których mogłem robić coś ciekawszego – na przykład wyjść na spacer albo poszydełkować.

Emotki opowiadają historię Minka, który mieszka w Tekstopolis – mieście zamieszkanym przez najróżniejsze emotki. Każda emotka pełni tylko jedną rolę lub funkcję – śmieszek rechocze, rozpacz płacze, a pizza czy kupa… cóż, po prostu są pizzą lub kupą. Minek natomiast, który z pochodzi z rodziny reprezentującej emocję meh, nie jest w stanie ograniczyć się do jednego wyrazu twarzy, co prowadzi pewnego dnia do incydentu, który zagrozi całemu Tekstopolis. Emotki. Film to trochę takie połączenie Ralpha Demolki z W głowie się nie mieści, tyle że obdarte z jakiejkolwiek wartości dających się polubić bohaterów, dobrej fabuły i żartów, które śmieszą. 

emotki

Zobacz również: LEGO® NINJAGO® MOVIE™ – recenzja najnowszej animacji z klockowego świata!

Świat wewnątrz telefonu (bo Tekstopolis to nie jedyne miejsce, jakie odwiedzimy) to akurat najmocniejszy punkt tej produkcji i w zasadzie jedyny, obok bardzo ładnej strony wizualnej. Autorzy w zmyślny sposób zaprezentowali swoją wizję różnych aplikacji w świecie przez nich stworzonym, wyśmiewając przy okazji Facebooka czy internetowych trolli. Gdyby w bajce występowało więcej dowcipów w tym typie, może nie byłoby tak źle. Scenarzyści (a tych było trzech i każdy z nich powinien się bardzo wstydzić) woleli pójść innym torem i postawili na humor, który szybciej wywoła u widza poczucie depresji, znudzenia i beznadziejności, aniżeli uśmiech na twarzy. Wciąż powracający gag z dwójką znudzonych emotek, prowadzących dialog pozornie bogaty w ładunek emocjonalny czy ciągłe gry słowne bohaterów mogą z początku wywoływać niewielkie poruszenie kącikami ust, ale budowanie całego humoru w filmie na tych dwóch formach żartu, to już nawet nie jest jak strzał w stopę, tylko jak wiara w to, że kinowe uniwersum DC jest starannie zaplanowane.

Drażni również płytkość całej historii i brak jasnego morału przy zwieńczeniu opowieści. Disney może mnie zbytnio rozpieścił, ale jak oglądam animacje pochodzące z ich studia, to wszystko jest napisane w taki sposób, że ja od początku do końca wiem, co autorzy mieli na myśli, co chcieli przekazać swoim filmem, tudzież widzę, iż ich idea na relacje między bohaterami i różne zwroty akcji były przemyślane. W Emotkach na próżno szukać jakiegoś sensu; trochę to wszystko zrobione jest na szybko, trochę po omacku, z dużą domieszką niezaplanowania i improwizacji. Nie mówię jednak, że materiału na coś dobrego nie było, bo sam pomysł uważam za całkiem niezły koncept. Spora grupa ludzi burzyła się na wieść o zrobieniu animacji o emotkach z kompletnie nieznanych mi przyczyn – pomysł taki sam jak każdy inny w dzisiejszych czasach. Dostajemy żeńskie Ghostbusters czy kolejne części kolejnych części, to i film o socjalnym fenomenie też może znaleźć swoje miejsce w kinematografii. 

emotki1

Zobacz również: Twój Vincent – przedpremierowa recenzja innowacyjnej animacji

Kilka miesięcy temu pisałem newsa o tym, jak widz został wyrzucony z kina w USA za masturbację na seansie Emotki. Film. Choć wtedy pisałem to z niedowierzaniem i zdegustowaniem – dziś, po tym, jak sam obejrzałem The Emoji Movie, kompletnie się kolesiowi nie dziwię i nie podejrzewam go nawet o złe intencje – kolejne suche dowcipy i totalnie beznamiętna fabuła doprowadzają widza do stanu, z którego albo wychodzi z seansu, albo próbuje czymś zająć ręce, żeby nie zabić się z nudów.

Ilustracja wprowadzenia: sonypictures.com

Dziennikarz

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta