M jak morderca – recenzja katastrofalnego thrillera z Alem Pacino

M jak morderca. Nie będę ukrywał, że odczuwam malutki dreszczyk podekscytowania, gdy ten tytuł pojawi się gdzieś w przestrzeni publicznej. Przecież mowa tu o arcydziele niemieckiej kinematografii, jednej z najwybitniejszych oznak humanizmu w dziejach sztuki i wreszcie o swoistym pożegnaniu Fritza Langa z rodzimym przemysłem filmowym. Jak więc się nie podniecać? Jak nie wyciągać z rękawa wszelkich argumentów za ponadczasowością M jak mordercy? Jak nie wywyższać zasług Langa dla rozwoju języka filmowego? Prosta sprawa – wystarczy obejrzeć produkcję, której oryginalny tytuł Hangman (czyli po prostu Wisielec) w wyniku elokwencji polskiego dystrybutora przyjął takie właśnie miano. Obiecuję, że wówczas zwątpicie w celowość wszystkiego, co niemiecki reżyser zrobił dla kina.

https://www.youtube.com/watch?v=brx8-jLY44g

Kryterium, jakim posługiwał się tłumacz przy przekładaniu tytułu na naszą polską mowę, pozostaje dla mnie nieznane, ale z pewnością trafił on w sedno filmu Johnny’ego Martina. Jego istnienie jest wszak równie bezpodstawne, bezsensowne i wołające o pomstę do boga języka filmowego. Nowy M jak morderca to jabłko z jabłoni thrillera psychologicznego, które zgniło jeszcze zanim z tego drzewa opadło. Kojarzycie zapewne, jak wygląda takie Siedem Davida Finchera albo Milczenie owiec Jonathana Demme? Tu ujrzycie identyczną strukturę opartą o gatunkowy klisz, która różni się od wspomnianych dzieł tylko pod jednym, takim dość drobnym względem – jest ich całkowitym przeciwieństwem jakościowym. Prawdę mówiąc nawet nie wiem od czego zacząć. Może od tego, że nawet student najbardziej przeciętnej filmówki wie, na czym polega logiczne następstwo kadrów? A może od tego, że lepszą ekspozycję postaci otrzymujemy w reklamach pasty do zębów? A może… O wiem, posłużę się przykładem jednej z pierwszych scen filmu. W niej to natomiast obserwujemy detektywa Ruineya (Karl Urban), który wsiada do samochodu emerytowanego mundurowanego Archera (Al Pacino), aby oznajmić mu, iż potrzebuje jego pomocy do schwytania seryjnego mordercy grasującego po mieście. Kamera wsiada wówczas do pojazdu razem z postaciami i działa na klasycznej zasadzie ujęcie-przeciwujęcie. Podczas wypowiedzi Urbana obserwujemy więc Urbana, a gdy pałeczkę przejmuje Pacino, to patrzymy na Pacino. W trakcie ich rozmowy pada jakiś sytuacyjny żarcik, z którego rzecz jasna oboje śmieją się do rozpuku. I kiedy kamera pokazuje tego ucieszonego Pacino, a w tle słyszymy śmiech ich obojga, następuje przeciwujęcie na całkowicie poważnego i stonowanego Urbana. Nikt jak widać nie przejął się tym, że na styku tych kadrów, przez dosłownie sekundę, słychać było śmiech aktora, gdy ten nie otwierał nawet ust.

7863

To oczywiście tylko jeden przykład, ale uwierzcie mi, że takich czysto formalnych zaniedbań i wręcz nachalnych przejawów niechlujstwa spotkacie mnóstwo na każdym kroku i w każdym kadrze. Nie działa tu żadna z powszechnie przyjętych i zaakceptowanych norm filmowania, a brak ciągłości między ujęciami, źle ustawione oświetlenie planu, wchodzenie sobie w drogę aktorów czy do bólu nieefektywny foreshadowing (a ja zazwyczaj go nie dostrzegam), to tylko pierwsze punkty na długiej liście grzechów Martina i jego brukowych współpracowników. Kiedy jednak myślałem, że gorzej być nie może, że niżej w tym fachu już nie można upaść, to wtedy do gry wkroczyli scenarzyści. Tylu dziur, rys i otwartych złamań nie miał chyba nawet Titanic, gdy szedł na dno Oceanu Atlantyckiego. Scenariusz to jedno wielkie bagno logiki, które ktoś jakimś cudem uznał za wspaniałe miejsce do utworzenia publicznego kąpieliska. Ekspozycja postaci, ich działań i ich motywacji zakrawa tu o nagrodę złotego kata, bo tylko na szubienicy scenarzyści mogliby usłyszeć krzyki w stylu: „tak, dajcie więcej!”. Większość dialogów i wypowiedzi postaci natomiast już w zamyśle nie posiadało ikry, a co dopiero po przelaniu tych słów na papier i następnie ekran. A zresztą… Oddajmy głos samym zainteresowanym:

– Nie musimy go szukać, bo on… już tu jest.

– To jest David Green?

– Tak, to…

– Pan jest David Green?

– Tak, jestem…

– David Green?

– Tak.

– Oh, to dobrze.

<koniec sceny>

hang

Słów mi już brak, ale grzechem byłoby pominięcie kwestii występu Ala Pacino i Karla Urbana. Szczególnie ten pierwszy wzbudzał szczególne zainteresowanie, bo przecież to cholerny Al Pacino – klasa sama w sobie. I najprawdopodobniej w wyniku tejże właśnie klasy przeszedł on przez ten film całkowicie obojętnie, jak gdyby w ogóle go tam nie było. Nie śmiem jednak za takie podejście do roli winić Pacino, gdyż doskonale wiem, iż wciąż tli się w nim ten ogień, który przed laty uświetniał każdy jego występ (patrz: Idol). Potrzeba mu tylko dobrego stymulanta, a tym z pewnością nie był potworek Martina. Co do Urbana to rzecz rozbija się oczywiście o uwięź scenariuszową. Tak jak i Hayden Christensen nie mógł przecież nic zrobić z dialogiem o piasku w Ataku klonów, tak i Urban nie przebił tępego jak beton scenariusza M jak Mordercy. Z tego też powodu ich więź na ekranie w zasadzie nie istnieje, a jedynym pozytywem z niego wynikającym jest scena, w której oboje siedzą jak te największe badassy w przeciwsłonecznych okularach.

Nowy M jak Morderca pozostawia we mnie zatem poczucie drastycznego zażenowania, które na szczęście szybko odejdzie w zapomnienie. A wiecie dlaczego? Bo przypomniałem sobie, że dawno nie oglądałem filmu Fritza Langa. I wam polecam zrobić to samo. Nie wydawajcie złamanego grosza na ten seans. 

Ilustracja wprowadzenia: kadr z filmu M jak Morderca

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?