Liga sprawiedliwosci

Paradoks Cloverfield – recenzja trzeciej odsłony popularnej antologii!

Zanim przejdę do tekstu analizującego sam film chciałbym się podzielić z Wami pewną refleksją. Wydaje mi się bowiem, że wchodzimy w inny, nowy wymiar rozrywki, który ma wpływ zarówno na telewizję, internet jak i kino. Zwykle przesiaduję po nocach nadrabiając filmowe i serialowe zaległości, których nie udało mi się zobaczyć w dzień i dzięki temu natrafiłem na informację o nocnej premierze The Cloverfiled Paradox, która jest trzecią częścią filmowej antologii, w którą zamieszany jest min. J.J.Abrams (Lost, Fringe, Star Trek, Star Wars). Film miał dosłownie zerową promocję przed premierą, a jedyna jego zajawka miała miejsce w trakcie bloku reklamowego podczas Super Bowl. Kiedy z dnia na dzień człowiek dowiaduje się, że może obejrzeć zupełnie nowy film ze znajomego uniwersum i to nie w kinie, a na Netflixie, to może poczuć się co najmniej zaskoczony. Jeśli takie niespodzianki będą się przydarzać coraz częściej to całkiem prawdopodobne, że w końcu dojdziemy do scenariusza, w którym platformy streamingowe przejmą władzę nad salami kinowymi. Taka na przykład Anihilacja Alexa Garlanda (Ex Machina) wejdzie do kin w Stanach czy Japonii, ale w większości krajów pojawi się od razu na Netflixie, co wyraźnie sygnalizuje przynajmniej małą rewolucję. A od małych rewolucji do dużych droga niedaleka, w końcu przez lata przeżywaliśmy zmiany nośników filmowej czy muzycznej rozrywki. 

Paradoks Cloverfield

Filmowa niespodzianka jaką jest The Cloverfileld Paradox zmusiła mnie do przypomnienia sobie dwóch poprzednich części antologii, które wyszły odpowiednio w 2008 roku i 2016. Pierwszy film stylizowany był na tak zwane found footage, czyli taśmę znalezioną zwykle po bardzo tragicznych wydarzeniach. Film zyskał u nas koślawy polski tytuł Projekt: Monster i po latach w sumie stał się takim samym zacnym zabytkiem s-f jak Dystrykt 9Druga część antologii swoją konstrukcją przypominała klasyczny, klaustrofobiczny dreszczowiec, w którym zwroty akcji miały za zadanie widza jak najbardziej zmylić. Znakomitą rolą popisał się John Goodman, którego świetnie się ogląda w rolach nieprzyjemnych typów. Oczywiście tym, którzy Lane 10 nie oglądali nie chcę zdradzić w jakim stopniu część druga jest powiązana z pierwszą, ale zdecydowanie jest to zgrabnie przemyślana „doczepka” do jedynki. The Paradox sytuuje się w tym uniwersum jako prequel, geneza całego kosmicznego zamieszania utrzymana w gruncie rzeczy w podobnym klimacie co zeszłoroczne Life Obcy: Przymierze. I tak się zastanawiam czy jako autonomiczna produkcja film się broni, odpowiedź leży gdzieś po środku, bowiem w pewnym momencie znajomość oryginału wydaje się niezbędna by lepiej docenić fabułę Paradoksu. 

Zdecydowanie nie jest to film, na który można sobie nieobowiązkowo zerkać i niczego z niego nie stracić. Nie rozwałka jest tutaj najistotniejsza, przemoc też nie dominuje na ekranie, zdecydowanie fabuła oparta jest na relacjach między bohaterami, którzy zostali wysłani w kosmos by powstrzymać kryzys energetyczny, który od ładnych paru lat trawi naszą planetę. Skoro widmo wojny wisi w powietrzu nie pozostaje nic innego jak wysłać w przestrzeń kosmiczną Rosjanina, Niemca, Amerykanina, Brytyjkę, Brazylijczyka i Chinkę. Owszem, postacie są stereotypowe w zachowaniu czy wyglądzie, ale dzięki wartkiej akcji i humorystycznym akcentom idzie bez bólu przełknąć kilka łopatologicznych rozwiązań. Szczególnie, że dylemat głównej bohaterki granej przez Gugu Mbatha-Raw (grała w moim zdaniem najlepszym odcinku trzeciego sezonu Black Mirror – San Junipero) jest całkiem zajmujący, a wydarzenia wynikające z tytułowego paradoksu całkiem intrygujące. Z drugiej strony film nie oferuje niczego rewolucyjnego dla gatunku s-f, ale fanów samej serii może usatysfakcjonować bowiem dość jasno tłumaczy skąd na naszej planecie nagle pojawiły się stwory niewiadomego pochodzenia. Jest skomplikowana terminologia, są zabawy z czasem i przestrzenią, jest kilka momentów, w których dobrze jest zbudowane napięcie, a całość swoją wyluzowaną grą fajnie koloryzuje Chris O’Dowd (Roy z The IT Crowd).

Kadr z filmu Paradoks Cloverfield

Oczywiście jest to dziełko z serii „nie wszyscy przeżyją do końca”, tak więc jeśli lubicie filmy z rodzaju eliminacyjnych to będziecie się bawić całkiem dobrze. Jeśli lubicie serię Cloverfield będziecie się bawić jeszcze lepiej. Moją ulubioną częścią pozostaje niezmiennie Lane 10, ale jak na niezobowiązującą rozrywkę, która słusznie trafia na Netflix zamiast do kin to jestem w stanie nawet dać ocenę na granicy punktów siedemdziesięciu. Niczego mega odkrywczego w filmowym gatunku nie oferuje, ale też wstydu swojej serii nie przynosi i należycie pewne wątki wyjaśnia pozostawiając furtkę do kolejnej części, która musiałaby być jeszcze bardziej zakręcona i paradoksalna. Tak więc fanom serii polecam bardzo mocno. Całkiem przyjemna niespodzianka na początek lutego, nie obraziłbym się gdyby Netflix zafundował ich w najbliższym czasie dużo więcej.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Bloger i dziennikarz. Koncertuje więcej niż wypada. Lubi jeździć na konwenty. Recenzuje i pisze artykuły o popkulturze od ponad 5 lat. Założyciel bloga Zryta Bania Stanleya i fanpage Filmy, Które Ryją Banie Zbyt Mocno. Metaluch i irytujący "śmieszek".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta