• Zaloguj się
  • Zarejestruj
  • Połącz z Facebook

"Załatwione" – rzuca beznamiętnie i niedbale odkłada słuchawkę losowo wybranego automatu telefonicznego. Rutyniarz. Doświadczony życiem. I śmiercią. Ale wciąż trwa, gdy wokół przewijają się beznadziejne obrazy rzeczywistości – moralna znieczulica, prostytucja, morderstwa, samozniszczenie, cierpienie. Joe. Odbiera pieniądze za wykonane zadanie, a chwilę później otrzymuje nowe zlecenie. Nastoletnia dziewczyna. Zaginęła. Jedyną poszlaką pozostaje anonimowy SMS.

You Were Never Really Here stillFot. kadr z filmu

Wielopiętrowy apartament. Dwóch strażników. Handel ciałami niepełnoletnich kobiet. I ciągle te wspomnienia. Wspomnienia bólu, śmierci i zagłady. Nina. Na imię jej Nina. Czy Nina pozwoli mi umrzeć?

Friedrich Nietzsche pisał swego czasu, że "Bóg jest martwy". Lynne Ramsay podchwytuje tę ideę, lecz jednocześnie idzie o krok dalej i mówi: "Boga nigdy tu nie było". Kiedy już w pierwszych ujęciach widzimy Biblię użytą w celu stłumienia ognia trawiącego fotografię pewnej postaci z przeszłości głównego bohatera, nie mamy wątpliwości, że w tym świecie człowiek pozostaje sam. Nie ma Boga, nie ma przeszłości, nie ma metafizyki – jest tylko i wyłącznie instynkt. Autorka Porozmawiajmy o Kevinie trzyma się jednak z dala od filozofii egzystencjalnej, w tym nietzscheańskiej, zakładającej istnienie człowieka wyzwolonego, samodzielnego i samowystarczalnego - Nigdy cię tu nie było to brutalna, ale i hipnotyczna podróż w głąb ludzkiej duszy, która odsłania przed widzem mroczne kulisy freudowskiej psychoanalizy. Psychoanalizy, według której jedynym paliwem ludzkiego istnienia są dwa impulsy – popęd życia oraz śmierci.

thumb 1229 768x432 0 0 cropFot. kadr z filmu

Ten z pozoru prosty mechanizm zdaje się całkowicie definiować i w ostateczności zniekształcać korpusy zaludniające migoczące ulice przedstawianej metropolii. Wszechobecna niedola człowieka w Nigdy cię tu nie było dotyczy wszak niemożności wyjścia ponad podstawowy bodziec psychologiczny, jakim jest erotyzm, silny impuls pobudzający nasze zmysły. Tym zaś film Ramsay ocieka co nie miara, choć nie zawsze oznacza on to, z czym na co dzień go kojarzymy. Rzecz jasna występuje on w swojej "czystej formie", jaką stanowi dotyk, bliskość i obecność ciała drugiej osoby, lecz jego bardziej interesująca strona przybiera kształt niczym nieskrępowanej, krwawej przemocy, kroczącej z jednego zakamarka miasta w drugi w ślad za Joaquinem Phoenixem. Co więcej, ów "erotyzm przemocy", będący wciąż po stronie popędu życia, w końcu przeradza się w "erotyzm śmierci", związany ze stymulującą siłą ciała umierającego człowieka. Jest w tym filmie taka scena, gdy główny bohater rozprawia się z dwoma zbirami przy użyciu broni palnej. Jeden z nich od razu pada martwy, a drugi – postrzelony w brzuch – przez pewien jeszcze czas daje oznaki życia. Po wydobyciu z niego niezbędnych informacji, nasz "protagonista" nie decyduje się jednak ukrócić jego męki – kładzie się obok niego, łapie go za rękę i wspólnie wyśpiewują pewien radiowy hit, aż do momentu, gdy ten kona. Trudno o bardziej dosadną wizualizację erotyzmu agonii ludzkiego ciała przy jednoczesnym zachowaniu umiaru i zasad dobrego smaku. I w podobny sposób Ramsay czyni przy pozostałych okazjach, posiłkując się raz bardziej wyrazistymi (wytrawna kolacja w towarzystwie zakrwawionej brzytwy), a raz bardziej wysublimowanymi (nagie ciała tęgich mężczyzn w saunie) środkami wyrazu.

trailer de you were never really here noticias de cine 1 pwpkbzFot. kadr z filmu

Eros i tanatos to jednak nie jedyne freudowskie pojęcia, jakie Ramsay postanowiła wykorzystać na użytek swojego filmu. Odnajdziemy tu także odniesienia do kompleksu Edypa, czy bycia-ku-śmierci oraz bycia-ku-życiu, co w ostatecznym rozrachunku czyni z Nigdy cię tu nie było głęboki, choć niezbyt pojemny zarazem, wór lepiej bądź gorzej skomponowanych motywów filozofii tegoż austriackiego psychiatry. Problem w tej mnogości freudowskich wątków polega jednak na tym, iż film ten przestaje być filmem w ścisłym tego słowa znaczeniu, a nabiera cech czegoś w rodzaju videoartu – wyjmując stąd niniejszą retorykę nie pozostawimy w środku żadnej wartości dodatniej. Poszukiwanie jakości w metaforze depresji paranoidalnej lub bardziej zaprawionych teologią motywach "przejścia" jest z góry skazane na niepowodzenie, gdyż wszystko zdają się jakkolwiek spajać ze sobą właśnie owe elementy psychoanalizy.

No właśnie, "zdają się". Może być jednak i tak, że to co wam tutaj mówię, nie zachowa się słowo po słowie. Naczelny problem Nigdy cię tu nie było dotyczy bowiem znaczeniowego rozmycia oraz nieprecyzyjności przekazywanej treści. Informacje są nam tu podawane niezwykle zdawkowo i – zdawać się może – wybiórczo, przez co próżno szukać jakiegoś w miarę konkretnego punktu zaczepienia. To zaniechanie postmodernistycznego egalitaryzmu Ramsay, który czyni z filmu medium "dla każdego", przeradza się w pewnym momencie w pospostmodernistyczny elitaryzm radykalny, co raz częściej będący obiektem zainteresowania współczesnego kina artystycznego (co chociażby jest widoczne w kinie Gaspara Noe i Nicolasa Windinga Refna). W takim przypadku Nigdy cię tu nie było staje się grotem na włóczni "autorskości" tejże reżyserki, a jego rzeczywista wartość wymyka się znanym nam obecnie kryteriom jakości. Dlatego też wystawiam ocenę 65/100, czyli ocenę, która w naszym redakcyjnym obiegu stanowi pewien inside joke i bynajmniej nie świadczy o prawdziwej wartości filmu, przez co nie powinniście przywiązywać do niej większej wagi. Po prostu nie mogłem pozostawić pola do oceny pustego. A że Nigdy cię tu nie było to rzecz niezwykle newralgiczna i intrygująca, która nie pozwala zakwalifikować jednoznacznie jej seansu do kategorii udanych bądź nieudanych, to musicie liczyć na siebie. Zresztą tak, jak i bohater filmu.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

 

Wiesz, co z tym zrobić


Tomasz Małecki

Tomasz Małecki

Redaktor

O mnie:

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.


Więcej informacji o:

Wypowiedz się na ten temat...
Zaloguj się poprzez
albo skomentuj jako gość
Wczytywanie komentarza... The comment will be refreshed after 00:00.

Skomentuj jako pierwszy

Ilość ocen w tym artykule to : 0
Typ w bazie danych :
Wartość odebrana :

OCENA RECENZENTA

65/100

  • Prawdopodobnie najbardziej intrygujący film ostatnich lat
  • Joaquin Phoenix
  • Warstwa audiowizualna
  • Rozmycie znaczeniowe
  • Zbyt skąpo dzieli się swoim wnętrzem
  • Czy to jeszcze film, czy już wizualny traktat filozoficzny?


PRODUKCJĘ POLECA:

0%

UŻYTKOWNIKÓW


CZY POLECASZ TEN TYTUŁ?

MOVIES ROOM POLECA

Najnowsze Wiadomości

Polub nas


© 2016 MOVIESROOM.PL · Wszystkie prawa zastrzeżone · Korzystanie z serwisu jest równoznaczne z akceptacją regulaminu.