Wojna – recenzja filmu nominowanego do Oscara

Operacje militarne w Iraku oraz Afganistanie to już dość wyeksploatowany temat w kinie. W produkcji dramatów wojennych o obecnych konfliktach dominują oczywiście Amerykanie, ale i w gronie tym znaleźć można produkcje mniejszych kinematografii, w tym polskiej (Karbala). Duńska Wojna z racji budżetowych nie może równać się pod względem widowiskowości z Hollywood i dlatego też nie popełnia grzechu kalkowania wzorców, jak to miało miejsce w filmie Łukaszewicza.  Postawiono w nim na pasjonujący scenariusz, który łącząc dwie konwencje filmowe wnosi sporo świeżości do współczesnego kina wojennego.

 92a1488 wojna krigen

Zobacz również: W potrzasku. Belfast ’71 – recenzja brytyjskiego thrillera wojennego

Film Lindholma początkowo wydaje się być surowym, męskim kinem, z którego pobrzmiewają echa Snajpera czy Hurt Lockera, ale za największą inspirację uznać należy inny duński film – dokument Armadillo. Pierwsza godzina filmu przywołuje go na myśl do tego stopnia, iż Wojna wydaje się być jego aktorskim remakiem. Odtwarzane są sceny przedstawiające zwyczaje obozowe, nudne patrole w afgańskim kurzu, trudne krelacje z ludnością cywilną, która nie ma poczucia bycia chronioną, aż po wymianę ognia z wrogiem sprowadzającą oskarżenia ze strony opinii publicznej i prokuratury. Cel był oczywisty i został osiągnięty. Miało to obok zdjęć prowadzonych z ręki, statystów złożonych z prawdziwych żołnierzy wzmocnić efekt realizmu.

Dalej jest o tyle ciekawiej, że w połowie filmu nominowana do Oscara produkcja przechodzi w konwencję dramatu sądowego, w którym indywidualna sprawa duńskiego żołnierza przyjmuje rozmiary dysputy o wojnie, z której wnioski wyciągnąć musimy samodzielnie. Toczy się ona pomiędzy jej praktykami, a teoretykami, spoglądającymi na nią z perspektywy konwencji międzynarodowych oraz żyjących w bezpiecznym kraju. W tle obu części rozgrywa się jeszcze wątek rodzinny, który stara się zdefiniować męskość, lecz zostaje zdominowany przez główną treść filmu i nie wybrzmiewa w pełni.

 92a7008 zoom wojna krigen

Zobacz również: Czy technologia second screen zawojuje świat kina?

Sceny batalistyczne poprowadzone są odmiennie od tego, do czego przyzwyczailiśmy się w innych wojennych produkcjach. Nie ma efekciarstwa, slow-motion, Bay’owskiego fajerwerku dominującego nad historią i postaciami, patosu czy narodowości – żołnierze walczą pod duńską flagą, ale historia jest na tyle uniwersalna, że mogłaby powstać o każdym wojsku. Jest za to bardzo dynamicznie prowadzona kamera potęgująca chaos i eskalująca napięcie prowadzące do punktu zwrotnego Wojny.

Niniejszy film to również popis aktorski Pilou Asbæka , który pokazuje swoje nowe oblicze. Dotychczas u Lindholma był misiowatym spin doktorem w Rządzie i kucharzem w Porwaniu, zaś teraz równie wiarygodnie wypada jako twardy sierżant, a scena, w której strofuje panią prokurator jest równie efektowna, co ta w wersji Jacka Nicholsona w Ludziach honoru.

Powyższe powody wskazują, że Wojna to kolejna świetna produkcja autorstwa Tobiasa Lindholma, a do tego jeden najciekawszych filmów wojennych ostatnich lat. Duńczyk może spokojnie meldować pełne wykonanie zadania swoim przełożonym.

Redaktor

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: k.stawinski@moviesroom.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?