Advertisement
banner

Smoleńsk – recenzja filmu Antoniego Krauze

Thriller dziennikarski i odkrywanie alternatywnej od rządowej wersji wydarzeń. Smoleńsk miał być Wszystkimi ludźmi prezydenta i JFK w jednym. Jednak zamiast porażać historią, film Antoniego Krauze szokuje bardzo słabym wykonaniem.

Film skupia się na dziennikarce Ninie (Beata Fido), która dla komercyjnej stacji TVM-SAT (hybryda TVN i Polsatu?) zajmuje się tematem katastrofy w Smoleńsku, a jej filmowa podróż od kłamstwa do prawdy miała symbolizować naszą podczas seansu. Film jednak zamiast wzbudzać nasze wątpliwości co do oficjalnej wersji wydarzeń, sprawia, że zastanawiamy się nad sensem dalszego przebywania w sali kinowej. Bo obcując z produkcją zawierającą tyle mankamenetów potrzeba wielkiej determinacji, aby ocenić Smoleńsk pozytywnie.

smolensk0

Zobacz również: Smoleńsk klasyfikowany jako fantasy? Szamotanina na pokazie przedpremierowym!

Filmowe wady Smoleńska można podzielić na większe i mniejsze. Zaczynając od tych pierwszych, to przede wszystkim razi chaotyczny sposób opowiadania historii oraz brak umiejętności klarownego przedstawiania kolejnych argumentów. Realizacyjnie film Antoniego Krauze przypomina kolejny odcinek Klanu. Zdjęcia pozbawione są stylu, scenariusz polotu, reżyserii pasji, archiwalia stanowią ekranowy zapychacz, dialogi brzmią źle, nic nie inspiruje nas do przeformułowania naszej wiedzy. Nie przekonuje ekranowe dziennikarskie śledztwo, które w praktyce sprowadza się do bezrefleksyjnego przyjmowania wersji jednych, a potem drugich. Przez ekran przewijają się karykaturalne postaci i wątki. Mamy nieznajomego paranoika (Mastalerz) wyciągającego Ninę w środku nocy do restauracji, by na koniec ogłosić jej, że wszystko, co powiedział jest ogólnodostępne w Internecie. Mamy też postać „dyplomaty” odgrywanego przez Jerzego Zelnika, któremu do pełni wizerunku brakuje tylko powiedzonka „Karramba”. Nieporozumieniem wytrącającym film z rytmu oraz odbierającym finałowi powagę, jest również przeplatanie mającej przynosić kulminację emocjonalną rekonstrukcji zdarzeń z Tupolewa ze sceną łóżkową(!) czy opowieścią o piciu PRL-owskiej oranżady(!!). Mniejsze wady pewnie da się wytłumaczyć problemami produkcyjnymi, finansowymi, pospiesznym i rozłożonym na etapy kręceniem filmu. Dlatego też z racji budżetu efekty komputerowe nie miały szans zachwycić, bohaterowie nie zmieniają strojów przez dwa lata, sceny kręcone są w powtarzających się lokacjach, lecz kwintesencją problemów są azjatyccy statyści protestujący przeciwko pochówkowi Prezydenta na Wawelu. Z innych spraw warto wspomnieć, iż całkowicie niezauważalna, oprócz motywu muzycznego z Różyczki, jest muzyka Michała Lorenca.

smolensk1

Sporym rozczarowaniem w Smoleńsku jest również aktorstwo. Tak jak niewielka część obsady drugoplanowej wychodzi z filmu obronną ręką (Łotocki, Dałkowska, Bukowski), tak tego samego nie da się powiedzieć o rolach pierwszoplanowych, a w szczególności o Beacie Fido. Absurdem jest obsadzenie w najważniejszej roli aktorki mającej w repertuarze dwie miny (tajemniczy uśmieszek albo zdziwienie) i wymaganie od niej przedstawienia przemiany swojej bohaterki. Był to pokaz najgorszego aktorstwa od czasu ekranowego epizodu Nataszy Urbańskiej w Bitwie Warszawskiej 1920.

Zobacz również: Smoleńsk – są pierwsze recenzje!

Smoleńsk okazuje się więc być kompletnie nieudanym filmem. Tak to niestety jest, gdy zamiast w interesujący sposób przekonać nas do swoich racji, twórcy wybierają drogę demonizowania przeciwników swoich poglądów.

Dziennikarz

Kinonarkoman. Fan J. Chastain, M. Wasikowskiej i kina azjatyckiego (w szczególności południowokoreańskiego). W wolnych chwilach ogląda piłkę nożną i udaje, że prowadzi bloga. Kontakt: [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?