Ad Astra – recenzja kosmicznej odysei z Bradem Pittem | Venezia76

“Do gwiazd” głosi podniosły napis na początku filmu. W poszukiwaniu nękających ludzkość odpowiedzi, ale także żeby zmierzyć się z własnymi ograniczeniami. James Gray w monumentalnym filmie Ad Astra balansuje pomiędzy epicką odyseją a intymną psychodramą. To połączenie działa prawie idealnie i film, który właśnie zadebiutował w Wenecji, jest jedną z najbardziej ambitnych produkcji science-fiction ostatnich lat.

Od samego początku nie mamy wątpliwości, gdzie leży punkt skupienia w filmie Graya. Twarz Brada Pitta wypełnia większość początkowych kadrów. Jego głos zza kadru komentuje zachowania małomównego bohatera. Mężczyzna jest astronautą, który pracuje na Międzynarodowej Antenie w niedalekiej przyszłości, która z Ziemi sięga wysoko w chmury. Roy McBride jest mistrzem swojego fachu, jego puls rzadko kiedy przekracza 80 uderzeń na minutę – nawet gdy podczas tragicznej awarii przyjdzie mi spadać z wysokości z zawrotną prędkością. Tajemniczy impuls antymaterii (czy jakoś tak…), który dotknął Ziemię, pochodzi z rejonu Neptuna. Tam kilkanaście lat temu zaginął ślad po Misji Lima, którą kierował ojciec Roya – Clifford (Tommy Lee Jones). Misja miała za zadanie zbadanie planet zewnętrznych Układu Słonecznego i skierować teleskopy w głąb kosmosu w celu poszukiwania inteligentnych cywilizacji. Rządowa agencja SPACECOM podejrzewa, że ktoś ze stacji kieruje impulsy z energią plazmową w stronę Ziemi. Zabiły one już ponad czterdzieści tysięcy ludzi, a skutki kolejnych mogą być jeszcze gorsze.

Zobacz również: Ad Astra – Brad Pitt w finałowym zwiastunie filmu

Brad Pitt w Ad Astra

Brad Pitt w filmie Ad Astra / fot. materiały prasowe

Roy jest kandydatem idealnym, żeby wybrać się w tajną misję na Marsa, skąd ma nadać wiadomość do ojca, prosząc go o litość dla ludzkości. Astronauta jest również żołnierzem, posłusznie wykonuje polecone mu zadania, które pozwalają mu odizolować się od reszty ludzkości. Ucieka od innych i od siebie. Nic dziwnego, że jego małżeństwo (ledwo obecna Liv Tyler) zakończyło się porażką. Dla tego człowieka misja i wykonanie zadania są najważniejsze. Brad Pitt wciela się w tą postać wyśmienicie. Jego bohater nie ma w sobie za krzty heroizmu, bliżej mu do uszkodzonego przez śmierć córki Neila Armstronga z filmu Damiena Chazelle’a, niż bohaterskich wyczynów Matta Damona w Marsjaninie. Małomówny, opanowany, skupiony, wyjątkowo smutny – jego oblicze komunikuje wystarczająco dużo.

Tommy Lee Jones w filmie Ad Astra / fot. materiały prasowe

Tommy Lee Jones w filmie Ad Astra / fot. materiały prasowe

Ad Astra jest po trochu nową wersją Jądra ciemności, traktującą o podróży w nieznane, ale też w mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Zamieńmy amazońską dżunglę – albo w przypadku Czasu Apokalipsy wietnamską – na Układ Słoneczny i zobaczymy podobieństwa. Ray najpierw leci komercyjną rakietą na Księżyc w towarzystwie przyjaciela ojca (Donald Sutherland), potem zabiera się ze specjalnym zespołem na Marsa – z przygodami po drodze. Następnie, dzięki fortelowi (z pomocą bohaterki granej przez Ruth Negga) i wbrew rozkazom, rusza w ostatnią część wyprawy. Im dalej od Ziemi, tym dziksza i dziwniejsza jest to podróż. I tym bliżej rodziny i finalnego katharsis. Upływ czasu i kolejne planety odbijają się na spokojnej dotąd osobowości bohatera.  Na skolonizowanym przez ludzi Księżycu toczą się wojny o zasoby naturalne. W porywającej sekwencji pościgów łazikami niemalże brakuje statków z banderą z trupią czaszką, by wziąć ją za scenę z osiemnastowiecznej powieści.

Kadr z filmy Ad Astra

Kadr z filmy Ad Astra / fot. materiały prasowe

W tym kosmicznym dziele pobrzmiewają echa innych, wielkich tytułów gatunku. Działająca na wyobraźnię wizja przyszłości ma wiele z 2001: Odysei kosmicznej (proszę mi pokazać film sci-fi, który się do tego kamienia milowego nie odwołuje), ale również do Interstellar Chrisa Nolana, Grawitacji Cuarona (scena otwarcia i pogoń na Księżycu) i Moon Duncana Jonesa. W warstwie formalnej pobrzmiewają echa filmów Terrence’a Malicka (Drzewo życia) – szczególnie jeżeli chodzi o wszechobecne monologi, które w kilku momentach ocierają się o pretensjonalność (“Historia osądzi moje działania”) i tłumaczą za dużo to, co dzieję się na ekranie. Jednak ten zabieg podkreśla najważniejszą cechę Ad Astra – to tak naprawdę film psychologiczny. Tu kłaniają się dzieła Wernera Herzoga (Fitzcarraldo) oraz poprzedni film Gray’a – Zagubione miasto Z. O nie do końca dostosowanym do życia, skalanym piętnem swojego ojca mężczyźnie, który jednocześnie żyje w jego cieniu, oraz nie może zrozumieć tego, co dzieje się w jego głowie. Którego zakończenie wybrzmiewa bardzo pozytywnie, budząc nadzieję nie tylko dla jednostki, ale także dla ludzkości. Może nie jesteśmy tak do końca skazani na klęskę.

Brad Pitt w filmie Ad Astra

Fot. materiały prasowe

Odpowiedzialny za zdjęcia Hoyte van Hoytema (Interstellar) wspaniale buduje atmosferę filmu, nadając wnętrzom niezwykle realistyczny wygląd, ukazując majestatyczność kosmicznych konstrukcji i małość człowieka w kosmosie. Odrealniona ścieżka dźwiękowa autorstwa Maxa Richtera tworzy elektryzujące napięcie, będąc melancholijną i porywającą zarazem. Ad Astra nie ma niestety potencjału kina komercyjnego. Brad Pitt i Tommy Lee Jones powinni zwabić do kina sporą rzeszę widzów. Ale za mało rozpoznawalny reżyser i zbyt introwertyczna historia mogą być problemem do osiągnięcia świetnego wyniku finansowego, kiedy za trzy tygodnie film trafi do dystrybucji. Jestem jednak pewien, że miłośnicy kina fantastycznonaukowego o tym ambitnym dziele będziemy rozmawiali jeszcze latami.

Ad Astra w kinach od 20 września.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Imperial-Cinepix

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?