Advertisement

Alita: Battle Angel – recenzja wizualnego majstersztyku rodem z Japonii!

Alita: Battle Angel to kolejna hollywoodzka próba przeniesienia japońskiej twórczości na kinowe ekrany. W ostatnich latach boje te zachodni twórcy kończyli na tarczy, miażdżeni przez opinie widzów niezadowolonych z ostatecznego efektu. Jednak jak widać, ci nie powiedzieli ostatniego słowa, a kolejnym dziełem, które wyrosło na spuściźnie dalekowschodnich wyspiarzy, jest recenzowany przeze mnie nowy film Roberta Rodrigueza.

Jak już wspomniałem, pierwowzorem dla filmowej adaptacji Ality: Battle Angel była japońska twórczość. Dokładniej chodzi tutaj o mangę autorstwa Yukito Kishiro o tym samym tule – choć w oryginale nosiła nazwę Gunnm. Komiks był wydawany na przestrzeni lat 1990-1995 i do dziś okrył się już mianem kultowego działa cyberpunkowego.

Alita: Battle Angel

Fot. Screen z filmu Alita: Battle Angel

Fabuła filmu Alita: Battle Angel rozgrywa się w dalekiej przyszłości, w świece spustoszonym podczas zdarzenia określanego mianem Upadku. Wtedy to toczyła się wielka wojna, z której przetrwało tylko jedno z potężnych podniebnych miast – Zalem. W jego cieniu zebrały się więc ocalali ludzie, lecz nie mogli oni wejść do miasta, gdyż te należało tylko do elity. Dlatego też tuż pod podniebnym miastem powstało miejsce dla wyrzutków – Miasto Złomu. Tutaj właśnie rozpoczyna się historia zawarta w filmie Rodrigueza. Przeszukując kupę złomu wyrzuconego z Zalemu, doktor Ido znajduje szczątki cyborga, który o dziwo nadal przejawia funkcje życiowe. Po poskładaniu przez doktora, cyborg okazuje się być młodą kobietą, która niestety straciła wszelkie wspomnienia. Szybko okazuje się jednak, że ma ona bogatą przeszłość oraz posiada nieprzeciętne umiejętności bojowe. Te przydają się jej w walce o przetrwanie w brutalnym Mieście Złomu.

Zobacz również: Jak wytresować smoka 3 – recenzja zamknięcia trylogii animacji Dreamworks

Podstawa świata przedstawionego w filmie jest naprawdę ciekawa. Mamy rozwarstwienie społeczne pomiędzy rajskim Zalemem, który malowniczo unosi się nad ziemią, a Miastem Złomu powstałym z odpadków wyrzuconych przez zamieszkującą Zalem elitę. Widzimy ludzi wykorzystywanych przez fabrykę – produkującą oczywiście dla Zalemu – którzy z rozmarzeniem spoglądają w niebo i śnią na jawie o lepszym życiu… które nigdy nie nadchodzi. Ci, aby zarobić na przeżycie, zmuszani są do wymienianie własnego ciała na tanie, metalowe zamienniki, co ma pozwolić im jeszcze ciężej pracować. Cyberciało szybko jednak przestaje działać, a nikogo nie stać na naprawy, przez co skazywani są oni na śmierć. Tutaj swojej pomocy udziela doktor Ido, który za darmo łata nieszczęśników.

Alita: Battle Angel

Fot. Screen z filmu Alita: Battle Angel

Miasto Złomu prezentuje się naprawdę ciekawie, czego niestety nie można powiedzieć o podniebnym mieście, o którym nie dowiadujemy się praktycznie nic, poza tym, że każdy chce się tam udać. Oczywiście, może to wiązać się z zachowaniem pewnej tajemniczości lub wizji ułudy wyidealizowanego świata, a wszystko zostanie rozwinięte w kontynuacji. Liczę na to.

Zobacz również: Mirai – recenzja filmu o chłopcu, niemowlęciu i podróżach w czasie

Szkoda jednak, że za fajnie zbudowanym światem nie podąża równie sprawnie napisany scenariusz. Historia w Alita: Battle Angel trzyma odpowiedni poziom i potrafi zainteresować, niestety tylko gdzieś przez 1/3 filmu. Ma to związek z odkrywaniem przez nas coraz to nowych informacji o spustoszonym świecie, w którym żyją bohaterowie. Później już nie jest tak kolorowo. Wszystko powoli zaczyna podążać w wiadomym kierunku, a my już praktycznie znamy zakończenie. Zdecydowanie zabrakło tutaj podszycia – prostej bądź co bądź historii – drugim dnem, co jest charakterystyczne dla japońskiej twórczości, a czego za żadne skarby nie potrafią przenieść do adaptacji hollywoodzcy twórcy. Tutaj aż się prosiło o głębsze rozważania nad człowieczeństwem czy nad wykorzystywaniem ludzi przez Zalem, lecz tematy te bardzo szybko idą w odstawkę. Co dostajemy w zamian? Alita nie chcieć być grzeczną córeczką, chcieć się bić i chcieć do Hugo, bo Hugo być ładny. No i jeszcze zakończenie…

Alita: Battle Angel

Fot. Screen z filmu Alita: Battle Angel

Dobra, po tym co najgorsze, przejdźmy teraz do tego, co w Alicie najlepsze. A jest to warstwa wizualna. Od dawna wiadomo było, że nie będzie to film tylko Rodrigueza, gdyż nad całym projektem czuwał od początku James Cameron. No właśnie, tylko że Alita wygląda, jakby była robiona tylko przez Camerona i jego ekipę. To właśnie pod względem niesamowitych efektów specjalnych dał się poznać Cameron, czy to w Avatarze czy jeszcze wcześniej w Titanicu. Tak samo jest tutaj. Każdy element świata jest dopieszczony do granic możliwości. Świetnie wyglądają przechadzające się po ulicach cyborgi z bebechami na wierzchu czy malowniczy Zelem majestatycznie wiszący nad ziemią.

Zobacz również: Faworyta – recenzja nowego, znakomitego filmu Yorgosa Lanthimosa

Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście główna bohaterka z wielkimi oczami stworzona w pewnym CGI. Przy pierwszym podejściu mogą trochę razić jej wyłupiaste oczy, jednak po kilku minutach kompletnie zapominamy, że to wytwór grafiki komputerowy. No wygląda to po prostu kapitalnie! A jak to wszystko prezentuje się w ruchu? No chyba lepiej wykonać się tego nie dało. W kinie nie mogłem oderwać oczu od niezwykle dynamicznych scen walki, które wyglądały prześlicznie. To właśnie dla nich ogląda się ten film, a po tak widowiskowych nawalankach zapomina się nawet o meh fabule.

Alita: Battle Angel

Fot. Screen z filmu Alita: Battle Angel

Dobrze w Alicie prezentuje się także obsada. Tutaj prym wiedzie oczywiście dwukrotny zdobywca Oscara, Christopher Waltz, który wciela się w doktora Ido. Mamy również zimną Chiren graną przez Jennifer Connelly. Pozytywnie zapamiętałem także postać psychopatycznego Łowcy-Wojownika Zapana, w którego wcielił się Ed Skrein. Niestety potencjału aktorskiego nie uwolnił Mahershala Ali wcielający się w trzęsącego Miastem Złomu Vectora.

Alita: Battle Angel

Fot. Screen z filmu Alita: Battle Angel

Zobacz również: Green Book – recenzja filmu z Viggo Mortensenem i Mahershalą Alim

Alita: Battle Angel nie będzie przełomowym dziełem, które zmieni postrzeganie hollywoodzkich adaptacji dzieł z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkiemu winna jest schematyczny historia, która nie wykorzystała potencjału świata wykreowanego przez Yukito Kishiro. Nie znaczy to jednak, że Ality nie warto oglądać – co to to nie. Produkcja wygląda bowiem fantastycznie, a niezwykle dynamiczne sceny walk potrafią skutecznie wywołać mimowolny uśmiech u każdego widza. Warto więc przymknąć jedno oko na fabułę, a drugim napawać się pięknem Cameronowych cudów.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Zdaniem innych redaktorów:

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

woj pisze:

Wszytsko ok.
Oprócz włosów.
jak nie można nie zauważyć że włosy poruszają sie zle
1, za kazdym poruszeniem najmniejszym glowy
2, wciaz symetrycznie
3. plynnie

wlosy nie poruszaja sie plynnie i za kazdym poruszeniem glowy

wystarczy zobaczyc aktorow ktorzy z nia wystepuja
jak jest wiatr poruszaja sie gwaltownie
nieskkorynowanie
jak nie ma wiatru prawie sie nie poruszaja
jak ci ludzie od animacji przez tytle lat tego nie widaza

nie moge ogladac ego filmu wlasnie przez jej wlosy
dramat

ponczi pisze:

Film opierał sie na mandze, więc sporo czerpał z niej. do tego był swoistym streszczeniem wielu kart komiksu. W moim odczuciu, głównym minusem jest zrobienie filmu, jakby było pewne, że powstana kontynuacje. Przez co nie jest pełny. Czuć pewne braki. W moim odczuciu najwieksze brawa należą sie Rosie Salazar. Dała ona Alicie prawdziwe życie. Jej emocje, mimika ogólnie to, że jest, są tak prawdziwe. Jeszcze żadna postać filmowa nie wzbudziła we mnie takich emocji. Gdy Alita poznawała otaczający świat, widzimy tą jej dziecięcą radość, ciekawość i bez troskość. Człowiek rozmarza się „w chmurce”. Nawet, jeśli otaczająca rzeczywistość nie jest wcale kolorowa. Dopiero, gdy dochodzą odmienne emocje. Ból, rozpacz, łzy, czujemy je wraz z główna bohaterką. Mimo, że jestem facetem, to scena: „what did you do, what did you do?!”, mocno chwyciła mnie za sercę. Zapewne na aspekt emocjonalny i psychologiczny postaci Ality miał wpływ fakt, że główna bohaterka to cyborg. Z jednej strony nie do końca wyglądający naturalnie, a z drugiej pozbawiony tej swoistej seksualności. Przez co pierwszy raz kibicowałem obojgu bohaterów, by historia miała happy end.
Dodatkowo, sam zmieniłbym kilka kwestii i dodał inne, by lepiej rozbudować historię, stworzyc swoistą całość. Zostawiając otwarte drzwi do kontynuacji. Wiazałoby sie to co prawda z dodatkowymi 30-45 minutami filmu, ale w mojej opinii 2 godziny minęły szybko.
Co bym dodał:
– na początku, jakieś dodatkowe zdanie odnośnie wojny (gdzie dopowiedzenia znalazłyby się w filmie w ramach różnych osób) i mały timelaps (jako pewna symetria dla końcowych scen);
– gdy Ido odszukuje już ciało Ality zabiera ją na plecy i idzie przez miasto. ukazując różne warstwy społeczne tego miejsca (w mandze z tego co kojarzę było coś podobne, tylko Alita już działała);
– doktor nie ma problemu ze zintegrowaniem rdzenia głównej bohaterki z nowym ciałem. A można było dołożyć pewnej niezwykłości, różnic technologicznych i tajemniczości;
– dołożyć jedną dodatkową przespaną noc przez Alitę z momentem, w którym schodzi na dół i widzi doktora śpiącego, przy jakiś materiałach dotyczących cyborgów (dobre odniesienie do późniejszego, skąd Ido tyle wiedział o samej Alicie). Było by też swoiste rozpoczęcie szukania odpowiedzi na pewne pytania, z dalszych etapów filmu;
– lepsze ukazanie niechęci Tanji’ego (ten z afro) do cyborgów i odrobinę więcej agresji przy pierwszej grze w Motorball;
– w toku filmu więcej czasu spędzenego z Hugo przez Alitę (trening, o którym była mowa w filmie, sceny z przypominaniem sobie o przeszłości, ogólna budowa relacji i zbliżania się obojga bohaterów do siebie);
– jakis wątek Hugo nawiązujący do pierwowzoru o jego chęci znalezienia sie w Zalem (lepiej motywowałoby to końcówkę);
– w scenie, gdy bohaterowie jadą samochodem do statku URM, powiedzieć cos więcej o wojnie, niż to co było, połączone z widokami spoza miasta;
– gdy Alita znalazła ciało, powiedziane coś więcej niz: „będą z tego kłopoty [czy jakoś tak]);
– podczas rozmowy doktora z Alitą nad ciałem berserkera, nawiązać do tego co wcześniej pisałem – gdy Alita zaznajamiała się z Hugo, doktor był w jakimś miejscu by zaczerpnąć wiedzy. „Spał nad książkami”. Przez co dowiedział się o pochodzeniu głównej bohaterki;
– po kłótni Ality z doktorem fajnie by było, gdyby pokazano co nieco z procesu rejestracji. Były osoby, które zarzucały, że Alita nie jest człowiekiem, a raczej formą sztucznej inteligencji ze sztucznym mózgiem. Nawiązanie do tego, że łowcami moga być tylko ludzie (ci poddani cyborgizacji też), trzeba zrobić jakieś oznaczenie. W tym wypadku kod ze skanu mózgu. Po tym, a przed akcja w barze, jakieś pierwsze polowanie na złych (ukazanie Hugo, że Alita potrafi na prawdę dużo);
– gdy już dostała ciało berserkera, jakaś swoista troska Hugo co z nią (Ido by mówił, że teraz musi odpoczywać);
– no i końcówka. Na samym końcu odniosłem wrażenie, że zrobiono taki nagły skok w czasie. Można było dodać scenę z doktorem, zrozpaczoną główną bohaterką w swoim pokoju i jej swoistą przemianą. Ta najbardziej ukochana przez Hugo ludzka część Ality umarła po scenie na rurze transportowej i pozostał już tylko jedno – Motorball, jako środek do osiągnięcia celu – Novy w Zalem. Za oknem widać noc i światła stadionu. Alita wyskakuje przez okno. Jest najazd na Ido, który wzdychając rozumie, że to juz nie ta sama Alita. Kamera wychodzi za okno, wędruje jakby w strone stadionu unosząc sie do góry. Dalej timelaps z filmu i końcówka.
Coś by pewnie można było jeszcze dodać, ale zapewne wyleciało mi z głowy. Takie nakreślenie historii dałoby zapewne więcej informacji widzowi. Bardziej motywowałoby działania bohaterów oraz ciutke lepiej ukazałoby emocje Ality i budowę relacji Hualita. Wiele osób zarzucało, że ledwo poznała Hugo, a już się w nim zakochała.
Przepraszam, za ewentualne braki składniowe i logiczne, ale pisałem na szybko. Póki miałem przed oczami swoja wizję.

Y.Q. pisze:

Napisz do Kishiro, Camerona i Rodrigueza. Pewnie przyjmą te „zalecenia” scenariuszowe w całości i bezdyskusyjnie.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?