Bleach – recenzja aktorskiej adaptacji znanej mangi

Japońskie kino niejedną ma twarz, mógłbym rzec. Obok sięgających wyżyn artystycznych produkcji, jak film Złodziejaszki (ang. Shoplifters) Hirokazu Koreedy, który w tym roku zdobył Złotą Palmę w Cannes, w Kraju Kwitnącej Wiśni powstają również dzieła mające dawać nam głównie rozrywkę. Dokładnie taki jest Bleach, który za sprawą Netflixa zawitał właśnie do Polski.

Czy jednak film, który od początku nie udaje, że jest czymś więcej niż tylko niewymagającą rozrywką, trzeba od razu szufladkować jako film zły? Bleach pokazuje, że warto czasem dać tego typu produkcjom szansę, gdyż można się pozytywnie zaskoczyć. Rozumiem również, że film Shinsuke Sato może odstraszać nie tylko swoją formą, ale również egzotycznym dla wielu widzów pochodzeniem. Mogli oni kiedyś natrafić na jakieś wątpliwej jakości dzieło live-action od Japończyków i uznać to za standard tego tupu produkcji. Tak, filmy aktorskie będące adaptacją mang i anime nie cieszą się renomą, gdyż często tworzone są na odwal, licząc jedynie na zarobek na popularności pierwowzoru. Bleach pokazuje jednak, że można zrobić w tej materii coś dobrego, coś, co da widzom również przyjemność z oglądania.

Zobacz również: Nieznane filmy znanych reżyserów #17 – Hirokazu Koreeda

Bleach to adaptacja mangi o tym samym tytule autorstawa Tite Kubo, która była wydawana na przestrzeni lat 2001-2016. Materiału źródłowego jest więc naprawdę dużo i niemożliwe było jego całościowe przeniesienie na niespełna dwugodzinny obraz. W produkcji zaprezentowano nam więc zaledwie początek historii, która dzięki niezbyt pośpiesznemu tempu była równie spójna, co w oryginale. Przy innych filmach live-action na podstawie mang często popełniano jednak ten błąd, próbując upchnąć równie długą historię do jednego filmu. Przykładem może być tu znajdujący się na Netflixie Fullmetal Alchemist, który przez mnogość wepchniętych tam wątków i ich szczątkowe rozwinięcie był wręcz nieoglądalny, prezentując jedynie wielki chaos i niespójną papkę.

Zobacz również: Fullmetal Alchemist – recenzja kolejnej kiepskiej netflixowej ekranizacji popularnego anime!

Głównym bohaterem recenzowanego przeze mnie filmu jest Ichigo Kurosaki, który w dość niezwykłych okolicznościach zostaje obdarzony mocą Boga Śmierci. Od tego momentu jego zadaniem w roli zastępczego Shinigami staje się walka ze złymi duchami (Pustymi) oraz odsyłanie na drugą stronę zabłąkanych dusz. Z czasem Ichigo dowiaduje się, że śmierć jego matki sprzed lat również była związana z nieznanym mu dotąd światem. Fabuła filmu nie najoryginalniejsza, ale dla lubiących japońskie mity i wierzenia może być dość ciekawa, gdyż mamy tu ogrom nawiązań do japońskiego shintoizmu.  Do tego targetem mangi będącej pierwowzorem filmu byli nastolatkowie, więc nie można było spodziewać się tu cudów. Jednak komiksy Marvela to również rozrywka głównie dla młodszych, a wiemy, jak dobre potrafiły być adaptacje tych dzieł.

Bleach

Fot. Kadr z filmu Bleach

Często dużą wadą wielu adaptacji mang jest zbyt rygorystyczne trzymanie się oryginału, a jak wiemy to, co na papierze wygląda ok, niekoniecznie musi mieć sens w filmowych realiach. Często prowadziło to do dość przerysowanych kreacji bohaterów, którzy na ekranie wyglądali po prostu śmiesznie. Bleach również przenosi to, co mogliśmy zobaczyć w mandze dość wiernie, więc możemy zobaczyć na przykład Ichigo z pomarańczowymi włosami czy Renjiego z czerwonymi strojącego dodatkowo dziwne miny. Jednak większość postaci jest zagrane poprawnie oraz stara się zachować choć umiarkowaną realistyczność, dzięki czemu nie wybuchamy śmiechem na każdym kroku, widząc pokraczne wyczyny aktorskie.

Zobacz również: Ekranizacje live-action mang i anime

A jak film prezentuje się pod względem technicznym? Tutaj trzeba pamiętać, że nie jest to wysokobudżetowa produkcja, a twórcy na stworzenie całego filmy mieli zaledwie 3,5 mln dolarów. Tak, to nie błąd. Trudno jest więc porównywać Bleacha do ogromnych produkcji Marvela czy innych hollywoodzkich blockbusterów, które na wyprodukowanie jednego filmu nierzadko mają budżety na poziomie 150 mln dolarów. Biorąc to pod uwagę, film prezentuje się naprawdę solidnie. Walki z pustymi, których w Bleachu zobaczymy trzech, wyglądają miejscami naprawdę widowiskowo. Szczególnie wrażenie zrobiła na mnie ostatnia potyczka. Mamy tu również całkiem fajnie wykonane walki na miecze, choć czasami mogły odrzucić latający jak kukiełki bohaterowie – pamiętajmy jednak, że to produkcja fantastyczna. Śmiesznie natomiast prezentował się miecz głównego bohatera, który jest przeogromny – choć zostało to wyjaśnione fabularnie – i wyraźnie widać, że wykonano go z plastiku.

Bleach

Fot. Kadr z filmu Bleach

Walkom towarzyszy również przyjemna muzyka, oczywiście, jeśli nie odstraszają was j-rockowe klimaty. Za cześć utworów z filmu odpowiada bardzo znany w Japonii muzyk Miyavi, który również wystąpił w filmie, wcielając się w kapitana Byakuyę Kuchiki, choć to akurat jedna z gorszych kreacji w filmie. Wspominając już o grze aktorskiej, bardzo podobała mi się interpretacja głównego bohatera przez grającego go Sotę Fukushiego. Blado natomiast wypadła, jak dla mnie postać Rukii w wykonaniu Hany Sugisaki, mało wyrazista i szybko gdzieś się gubi na ekranie.

Zobacz również: Godzilla: City on the Edge of Battle – recenzja drugiej części animowanej trylogii z królem potworów w roli głównej!

Bleach, zestawiając go z ogromem filmów live-action powstających na podstawie znanych mang i anime, prezentuje się bardzo dobrze. Gra aktorska jest poprawna, niskobudżetowe efekty potrafią zachwycić, a scenariusz napisano z głową, nie wciskając całej historii w krótki film. Przed seansem znałem już historię, gdyż kilka lat temu obejrzałem anime ekranizujące mangę, a mimo to podczas seansu Bleacha bawiłem się naprawdę dobrze. Myślę, że film może zainteresować również niezaznajomionych z oryginałem, ponieważ fabuła jest dobrze wyjaśniona i podana w bardzo przystępnej formie. Także, jeśli nie znacie tego tworu, to zapraszam na Netflixa, a być może się wam spodoba. Ja polecam.

Ilustracja wprowadzenia: kadr z filmu Bleach

Zawodowy kanapowiec, którego siłą trzeba powstrzymywać przed obejrzeniem kolejnego odcinka serialu. Wieloletni fan kina azjatyckiego - żaden łamiący prawa fizyki chiński wojownik czy wytatuowany japoński gangster nie jest mu straszny. Podczas wypadu do kina ze znajomymi nie pogardzi również dobrym filmem superbohaterskim.

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

anka napisał(a):

oglądałam mi się podobał choć nie czytałam mangi

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?