Chłopiec z burzy – recenzja filmu familijnego o przyjaźni chłopca z pelikanem

Hmm… Był już pies, był też kot, orzeł, świnka a nawet orka… Dobra, czas na odświeżenie gatunku filmu familijnego, pora na film o przyjaźni chłopczyka z pelikanem. Ta-dam, oto Chłopiec z burzy.

Oczywiście, powyższy opis jest wyłącznie żartobliwy, gdyż australijska produkcja oparta jest na książce pod tym samym tytułem, a jej pierwsza ekranizacja miała miejsce już w 1976 roku. Historia opowiada o chłopcu, który pod swoją opiekę przygarnął trzy osierocone pelikany. Wychowuje je wraz z ojcem, a z jednym z ptaków nawiązuje szczególną więź.

Zobacz również: TOP 20: Najlepsze filmy familijne w historii!

Australijki film to najprościej ujmując kino familijne do kwadratu, porównywalne do takich produkcji jak Bella i Sebastian, Mój przyjaciel orzeł czy nawet Lassie. Jednak mimo swej oklepanej tematyki przyjaźni dziecka ze zwierzęciem, Chłopiec z burzy całkiem nieźle się broni. Wszystko dzięki wysokiej jakości aktorstwu. Australijskie gwiazdy Hollywoodu w postaci Geoffrey Rusha i Jai Courtneya (i nie mówcie, że nie przypomina on wam Toma Hardy’ego!) na spółkę z aborygeńskim Trevorem Jamiesonem oraz debiutującym Finnem Little sprawiają, że Chłopca z burzy ogląda się bardzo przyjemnie.

Swoją rolę odegrała tu także historia, poprowadzona nad wyraz ambitnie jak na gatunkowe kino. Całość skupia się wokół problemu natury ekologicznej. Przesłanie filmu dotyka zagadnień urbanizacji ludności, niszczenia przyrody, a także bezcelowych polowań dla sportu. Przekaz umocniony zostaje dzięki przyjaźni głównego bohatera z niezwykle uroczym pelikanem. Po filmie automatycznie człowiek zadaje się sobie pytanie, czemu służą takie polowania na zwierzęta.

Zobacz również: TOP 40 – Najlepsze bajki Disneya!

Chłopiec z burzy

Fot. materiały prasowe

Chłopiec z burzy nie wprowadza żadnej rewolucji, lecz idzie dobrze utartymi ścieżkami kina familijnego. Może wzruszyć, może też wywołać uśmiech, ale niestety też w kilku momentach najzwyczajniej nudzi. Wciąż, wiadomość, jaką ze sobą niesie, w mojej opinii jest bardzo wartościowa i niestety często przez dzisiejszy świat lekceważona. Ot, dobre kino familijne, nie silące się na bycie rewolucyjnym.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?