Cleo | Ars Independent 2019

Choć łamanie konwencji stanowi stały punkt programu każdej filmowej ewolucji, to dopiero od niedawna stanowi obligatoryjny wręcz warunek gatunkowej świeżości. Twórcy co raz częściej bowiem zdają sobie sprawę z tego, że klasycznie pojmowane „gatunki filmowe” odchodzą powoli do lamusa, a ich miejsce w sercach widzów zajmują gatunkowe hybrydy. Dziedzictwo. Hereditary Ariego Astera z pewnością nie zyskałoby w oczach wprawionych kinofilów, gdyby nie jego sprawna i obrazoburcza zabawa z przyzwyczajeniami kina grozy, podobnie jak Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi nie wzbudziłyby tak negatywnego odzewu wśród miłośników uniwersum bez ostentacyjnego wykraczania poza zasady rządzące odległą galaktyką. Jak więc z wyżej nakreślonej rozpiętości niniejszego zjawiska wynika, przed podobną tendencją nie kryje się żadna z podstawowych kategorii filmowej opowieści…

Prawie żadna. Do tej pory wszak trudno było odnaleźć analogiczne wykroczenia w dziedzinie kina familijnego, co tłumaczyć należy przede wszystkim dość ograniczonym potencjałem odbiorczym i pobłażaniem, z jakim traktuje się podobne inicjatywy już na etapie preprodukcji. Z tym schematem zerwać natomiast postanowił niemiecki reżyser Erik Schmitt w swoim pełnometrażowym debiucie Cleo. Film ten w zaskakująco prostych środkach uzmysławia bowiem, że dokonując zaledwie drobnych korekt w formule filmu familijnego, można skutecznie wymienić swe audytorium z młodocianych kinomanów na rosłych, piwnicznych moviegoersów, którzy czarny humor i bezpardonową śmierć na ekranie witają z otwartymi ramionami.

Zobacz również: Serpentário | Ars Independent 2019

Cała sprawa zaczyna swój bieg w okolicach 15 minuty, gdy niewinna, beztroska wycieczka krajoznawcza ojca i córeczki kończy się brutalną i bolesną śmiercią ostatniego krewnego dziewczynki w ruinach ponazistowskiego schronu gdzieś w zalesionych terenach współczesnego Berlina. Ten jeden moment zmienia optykę całego filmu o całe 180 stopni, gdyż nawet pomimo ciągle obecnej w narracji naiwności i struktur dziecięcej powieści przygodowej, w pamięci widza wciąż pobrzmiewa bezprecedensowy mord na jego odbiorczych wyobrażeniach. Rzecz jasna nie jest to jedyna chwila, w której można odczuć, że „coś z tym filmem familijnym jest nie tak”. Schmitt nie boi się od czasu do czasu uraczyć swego odbiorcy soczystym komentarzem z pogranicza czarnego humoru, stanowiącym tyleż kontrapunkt dla aktualnie poruszanej przez bohaterów kwestii (w mojej pamięci wciąż pobrzmiewa wodnista wymiocina wydobywająca się z ust pijanego Berlińczyka w momencie, gdy narrator mówi o „pięknie” tego miasta), co zwyczajny element humorystyczny, będący wyrazem specyficznego podejścia Cleo do natury własnej konwencji.

fot. kadr z filmu

Czego Schmitt nie boi się robić jeszcze, to wykorzystywać rozmaitości dostępnych technik narracyjnych i formalnych w celu urozmaicenia snutej opowieści. Pomimo tego, że mamy do czynienia z filmem w pełni aktorskim, nie brakuje tu elementów animacji i montażu poklatkowego, wstawek rysunkowych, abstrakcyjnych ujęć symbolicznych, zdjęć nakładanych, czy niezwykle intrygującego (i w mojej opinii efektownego) zastosowania jumpcutu, który „wycina” znacznie większą część zbędnej akcji niż to klasyczny jumpcut ma w zwyczaju. Ta wielość skrajnie różnych estetyk filmowych wymiernie wpływa na eklektyzm struktury całości jak i na samo tempo narracji, które dla co po niektórych może okazać się zabójcze. Brakuje tu bowiem tradycyjnych „wyciszeń” fabularnych – Cleo pędzi na łeb na szyję nawet w bardziej kameralnych i intymnych scenach zawiązujących akcję, co można oczywiście traktować jako pozostałe w trzewiach filmu resztki konwencji kina familijnego, w którym nie ma miejsca na rozbudowaną i wieloetapową ekspozycję. Jak to jednak zostało zaznaczone, wciąż poruszamy się w rejonach sprawdzonej konwencji, stąd zarzut o narracyjne niechlujstwo zdaje się co najmniej nie na miejscu.

W swojej specyfice Cleo stanowi jednak coś więcej niż formalną zabawę z gatunkowymi przyzwyczajeniami. To przede wszystkim niezwykle dynamiczna i kolorowa laurka wystawiona miastu Berlin – miastu, które słynie ze swej kulturowej i obyczajowej różnorodności, a także bogatej, lecz nie zawsze pozytywnej historii. Na początku filmu zostaje zaznaczone, że w Berlinie może mieszkać każdy, ale nie każdemu będzie dane Berlin zrozumieć. Jedną z tych szczęśliwych osób jest jednak tytułowa bohaterka, która wręcz utożsamia „ducha miasta” poprzez swą introwertyczną, acz pogodną i empatyczną naturę. W jej zachowaniu i działaniach wciąż pobrzmiewają echa nieciekawej przeszłości (tu: śmierci ojca utożsamianej z tragedią II wojny światowej), z którą musi się uporać, aby otworzyć się na nowe, życiowe doznania. Schmitt pozostaje w tej kwestii rzecz jasna optymistą, stawiając jasny i wyraźny wniosek, iż we wspólnej, ugodowej budowie tkwi znacznie większa szansa na społeczne zadowolenie niż w egoistycznej autarkii emocjonalnej. Podobnie jednak jak w przypadku ograniczeń narracyjnych, jednowymiarowość i naiwność takiego ujęcia sprawy stanowi o pewnej niezbywalnej cesze podjętej konwencji, która jak widać bezustannie stoi na straży porządku Schmittowskiej rzeczy.

fot. kadr z filmu

Nie bez racji, ale z odrobiną uszczypliwości, można więc stwierdzić, że Berlinale znalazło właśnie swój programowy spot wizerunkowy. Piękno i specyfikę miasta ujmuje wszak Cleo w niespotykaną dotąd hybrydową formę kina familijnego i czarnej komedii, posługując się przy tym równie wyraźnym antagonizmem pastelowych zdjęć i agresywnego montażu. Tego typu eksperymenty mają jednak stosunkowo krótką żywotność i nie stanowią podłoża dla potencjalnych naśladowców, zważywszy na dość wąski zbiór przypadków, w którym powyższe skrajności są w stanie zaistnieć wspólnie. Z tym że raczej nikt o powtórkę z rozrywki prosić nie będzie.

fot. Ars Independent

Ilustracja wprowadzenia: kadr z filmu

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?