Advertisement

Córka trenera – przedpremierowa recenzja nowego filmu reżysera Kampera!!!

Po naprawdę dobrym debiutanckim Kamperze dużo pewniejszy już Łukasz Grzegorzek z zawadiackim uśmieszkiem raptem po roku przyjeżdża na festiwal Nowe Horyzonty z nowym obrazem. Córka trenera pomimo pewniejszej dłoni rakietą reżyserskiej pewności wali na oślep, zdobywając punkty jakby przypadkowo, a większość niestety oddając bezradnym walkowerem przekombinowania. Mimo tego swoim indyczkowym zacięciem wybija się na tle rodzimego kina na tyle wyraźnie, że szkoda nie dać jakiegoś misiaka na pocieszenie.

Chociaż Grzegorzek zdecydowanie ma rękę do skrobania interesujących osobowości, to jego filmy za często wyglądają, jakby były pod te zawodnicze figurki pisane. I o ile w Kamperze zabieg ten zdawał się intencjonalnym uwypukleniem premilenialskiej koncepcyjno-uczuciowej pustki, o tyle najnowszy obraz reżysera gryzie przez to jedynie trawę. Iście Sundance’owy rodzinny komediodramat wzajemnych wewnętrznych przepchnięć szybko traci w pieszczotliwych paluszkach reżysera jakiekolwiek znamiona zaplanowania, rzucając postaci jak huraganowe piłeczki ping-pongowe dla oddania jak najprawdziwszej wizji potrzebnych do przepracowania problemów. Odhaczane z listy wysokobudżetowej obyczajowej serialozy uciekają bez większych szkód na widzowskich sercach, przyciągając uwagę co najwyżej na poczciwe tatusiowe żarciki czy ogólną filmową aurę bycia cool – momentami tak bardzo, że można dostać ułożeniowych kompleksów. Szczera w tym zasługa męskiego duetu Braciak-Żurawski, ratujących większość dowcipów własnym osobistym urokiem emploiowych charakterów, brzmiących na tyle naturalnie, że aż improwizowanie. Ale bez wątpienia cool jest też sam Grzegorzek, starający się każdą skryptową ripostą podkreślić, że intelektualista to też może biegać z rakietą, a wyczucie smaku można mieć nawet nosząc hawajskie koszule z sandałami. W Córce trenera swoimi wrzucanymi bez opamiętania nawiązaniami nienachalnie wychodzi na znającego temat zajawkowicza (jak chociażby dorzucając dwa utwory Króla do soundtracku, mniam!) , ale czasem zdarza mu się zamieniać w tego kolegę z klasy, co wyciąga mądre książki z plecaka ostentacyjnie śliniąc opuszki przy przewracaniu stron. Tak piecze rzucone bezkontekstowo przez Żurawskiego „Ha, Infinite Jest!”, tak irytuje nadużywane slow motion z muzyką klasyczną kłaniając się nisko Wszystko gra Allena. Tak Taco, też lubię Kubricka. 

Córka trenera

Fot.materiały prasowe

Nie daje satysfakcji też w końcu sam córczano-ojcowski dramacik sportowy, rozegrany jakby bez werwy i kompletnie bez polotu. Zamiast ewolucją ukrytych wyrzutów Grzegorzek interesuje się bardziej kręceniem estetycznych kortowych tańców, zamiast pogłębieniem romantycznych traum dołożeniem dodatkowego błyskotliwego komentarza do zastałej w miejscu dyskusji. Dyskotekowe pezetowe światła zamienił na oślepiające budżetem ujęcia z drona, niezręczne miejskie wnętrza na zazielenione kempingi i trybunowe okrzyki. Córką trenera stara się zapewnić wakacyjne wielkim „w” inkluzywne doświadczenie własnego dzieciństwa, wciąż trendy, ale jakby zatrzymanego w czasie, wciąż bez grosza, ale z dumą i szczęściem. Jest gdzieś w tym wszystkim potencjał na niezłą historię o bezdusznych ograniczeniach od serca i nawarstwiających, przenoszonych wraz z mlekiem frustracjach. Jest oko do detalu, dobry gust i prawdziwy, talent współczesnej przytulności. Trzeba go tylko wytrenować. 

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?