Advertisement



Creed II – recenzja udanej powtórki z rozrywki

Odświeżenie kultowego klasyka to z pozoru łatwe zadanie – ale tylko z pozoru. Nostalgia to nie wszystko i bez dobrej podstawy w postaci scenariusza czy aktorów, ciężko jest odnieść sukces. Rzeczywistość zweryfikowała już w bolesny sposób powroty takich marek jak Ghostbusters, Rocky Horror Picture Show czy Gwiezdne Wojny (choć w tym ostatnim przypadku można zauważyć duży podział wśród fanów). Creed, kontynuacja sagi o Rockym Balboa, mimo wszystko godnie zmierzył się ze swym dziedzictwem i okazał się sporym sukcesem, o czym może świadczyć Złoty Glob dla Sylvestra Stallone’a. Szkoda więc, że druga część nieco zawodzi.

Niewiele nowego można wymyślić w gatunku, gdzie główny wątek stanowi przeważnie dwóch nieziemsko wyrzeźbionych mężczyzn okładających się po mordach. Jednak coś w tych dzisiejszych filmach traktujących o boksie jest, że mimo grania na schematach, one wciąż umieją wykrzesać z widza jakieś pokłady emocji i ekscytacji, nawet pomimo przewidywalności, jaką sobą reprezentują. Creed II dwoi się i troi, aby pokazać coś więcej niżeli kolejną wariację już użytych rozwiązań, i do pewnego momentu mu to wychodzi. Pewnego, bo w ostatecznym rozrachunku, walkę tę niestety przegrywa.

Zobacz również: TOP 20 – Najlepsze filmy o boksie!

Zobacz również: Miłość jest wszystkim – recenzja najlepszej polskiej komedii romantycznej roku!

Od strony czysto technicznej Creed II nie różni się znacząco od świetnej pod tym względem jedynki. Na pewno ten tytuł wyróżnia mistrzowski montaż i jeszcze lepszy soundtrack. Oba te elementy wspaniale ze sobą współgrają w scenach pojedynków albo treningów – czymże w końcu byłby film o sporcie bez charakterystycznego, tak zwanego treningowego montażu? Ale nie o audiowizualne aspekty tutaj chodzi, tylko o to, że fabuła Creeda II przepełniona jest dramatyzmem. Chyba nikogo nie powinno to dziwić, bo przecież mówimy tu o powrocie samego Ivana Drago. I to nie samotnym powrocie, gdyż nasz znienawidzony, rosyjski pięściarz doczekał się potomka.

Kontynuacja historii syna Apollo Creeda mocno nawiązuje do sagi o Rocky’m, a przede wszystkim do jej czwartej odsłony. Nie zagłębiając się zbytnio w spoilerowe szczegóły, postać Ivana Drago niesie ze sobą sporo burzliwych uczuć, zarówno dla podstarzałego już Rocky’ego jak i jego podopiecznego. Wraz z pojawieniem się w ich życiu rodziny Drago, na nowo muszą zmierzyć się z przeszłością, swoimi słabościami i emocjonalnym bagażem doświadczeń. To zagłębianie się w emocje bohaterów, położenie ich w niekomfortowej psychicznie sytuacji, aż w końcu konfrontacja z ich lękami jest bez wątpienia największym atutem filmu i czymś, czego niekoniecznie można się spodziewać po filmie bokserskim. To oczywiście również zasługa bardzo dobrej ekipy aktorskiej. Solidne kreacje i chemia między bohaterami uczyniły ten seans znacznie przyjemniejszym.

Creed II

Fot. Empire

Zobacz również: Assassination Nation – recenzja znakomitego filmu Sama Levinsona!

To dobre wrażenie niestety nie trwa długo. Mające ogromne znaczenie starcie Creeda z Drago, schodzi w pewnym momencie na dalszy plan i tam pozostaje aż do ścisłej końcówki. W tym czasie główną rolę odgrywa ogrom innych wątków, których liczba w pewnym momencie staje się wręcz przytłaczająca dla widza. Creed Cooglera znacznie lepiej radził sobie z rozgałęzianiem fabuły, niż robi to jego następca. Scenariusz zwyczajnie sobie nie radzi i tam gdzie może, stara ratować się poprzez zagrywanie karty nostalgii. To koło ratunkowe na dłuższą metę nie działa; łatwo domyślić się, jak potoczą się losy bohaterów, a to ze względu na to, iż główne motywy fabularne oraz ich rozwiązania gościły w kinematografii już niejednokrotnie. Tak jak wspomniałem wcześniej, Creed II świetnie nakreśla swych bohaterów, ale fabularnie, szybko sprowadza się do bycia jedynie przewidywalną, schematyczną historią.

Creed II

Fot. materiały prasowe

Creed II to wciąż dobre kino bokserskie, angażujące widza nawet mimo dość przewidywalnego scenariusza. Nie umywa się jednak do swej poprzedniczki, ani tym bardziej do pierwszych filmów z Balboą w roli głównej. Dziełu Stevena Caple’a brakuje świeżości i polotu, które Ryan Coogler wniósł nie tylko do sagi o Rocky’m, ale i do filmów bokserskich. Pozostaje trzymać kciuki za część trzecią, a ta to raczej tylko kwestia czasu – i bardzo dobrze. Oglądanie duetu Stallone-Jordan na ekranie to czysta przyjemność. Seria trzyma się mocno na nogach i nie zapowiada się, by szybko została znokautowana.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Zastępca Redaktora Naczelnego

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Więcej informacji o
, , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?