Donbas – recenzja ukraińsko-zaangażowanego obrazu Siergieja Łoźnicy!

Raczej niewiele spotyka się filmowych publikacji poświęconych ukraińskiemu konfliktowi. Jeszcze mniej jest obrazów niedokumentalnych, fabularnie traktujących o losach społeczności pozbawionej ogromnych giwer i odzieży khaki, a znajdującej się w tym samym niesprzyjającym otoczeniu. Powodów może być wiele – od strachu przed opinią publiczną, po niewspierającą aktualność wojennej zawieruchy, która dla twórców zawsze jest raczej klątwą niż błogosławieństwem. Co innego dla Siergieja Łoźnicy, który Donbasem przedłuża rozwój swojej „postdokumentalnej” kariery, jeszcze dalej odchodząc od norm dokumentu, ale wcale nie wypłukując esencjonalnej dla siebie dłubliwej wrażliwości.

Mimo tego reżyserskie Un Certain Regard zdaje się dla Łoźnicy nagrodą nie tyle przesadzoną, co nietrafioną. Donbas jest bowiem wybitnie ciekawy, ale prędzej w materii scenariuszowej niż aranżacyjnej. Reżyser wycina jeden niedookreślony dzień z wojennej piekielnej powtarzalności, opowiadając go niepowiązaniem bohaterów i fabuły, przy okazji każdego z nich notując chaotyczne skoki tonalne, zestawiając ze sobą nagminnie groteskę i tragedię, karykaturę i naturalizm. Łoźnica pozostawia tym samym widzów w stanie nieustannej dezorientacji, co, o dziwo, wychodzi Donbasowi jedynie na dobre. Człowiecza satyra rodem z Kaurismakiego, pozbawiona manieryzmów staje się narzędziem idealnym do wnikliwej diagnozy problemu, dla której chłodnokrwiste mordy i agonalne warunki bytowe stają się dopełnieniem tyle uzasadnionym, co wręcz niezbędnym dla podbudowania emocjonalnego widzowskiego tła.

Donbas

Fot. materiały prasowe

Ale w Donbasie to właśnie owy problem jest najciekawszy; po Łoźnicy, rozgoryczonym wszechnarodową biernością Ukraińcu spodziewać by się można jednostronnego portretu masakry, podkreślonego laurkowym patriotyzmem i hollywoodzkim zbliżeniem na umęczone lica. Co innego jednak tu, gdzie reżysera bardziej niż dokumentalizowanie konfliktu interesuje mnogość ludzkich reakcji na ten konflikt, a konkretniej – to, w jaki sposób o tym subiektywnym odbiorze mówią światu. Nasączony wpółironicznymi relacjami telewizyjnymi czy programami śledczymi Donbas stanowi rozbudowaną relację z relacji z frontu, zapełniając ekran rosyjskimi wynajętymi świadkami zdarzeń, mieszkańcami zapleśniałych schronów i występującymi w wiadomościach przedstawicielami wojskowych władz. Dla Łoźnicy wojna na Ukrainie to obecnie w równej mierze konflikt wizerunkowy, co i militarny. To właśnie w nim zacierają się wszelkie moralne wartości, narastają wewnętrzne międzypokoleniowe podziały i kreuje się absurdalne przywiązanie do największych błahostek. Reżyser przedstawia Donbas jako miejsce nieustannej manifestacji patriotycznej przynależności, objawianej mniej poczuciem wspólnoty, a bardziej czysto ludzkiej furii „anty”, zakorzenionej w tej właśnie ustawionej medialnej nagonce. I tak w koło.

Donbas

Fot. materiały prasowe

Mimo ponadmożliwościowego metrażu (co najmniej 20 minut za wiele) i chwilowych niewyszukanych psychologicznych zagrywek, Donbas także znajduje swoje momenty. Jeden z nich, zwiastujący filmowy finał, przedstawiający samowolną katorgę więźnia przez autobusowych pasażerów, czy późniejsza pijana ślubna ceremonia, metaforycznie łącząca niegdysiejsze niepewne ukraińskie tereny z ogromną rosyjską matroną, perfekcyjnie bawi się z widzowskimi wojennymi oczekiwaniami. Wydłużając kolejne sekwencje w nieskończoność i pozostawiając je wielokrotnie bez konkretnego rozwiązania, Łoźnica inkorporuje częściowo ukraińską niepewność końca – nerwowo przestępującą z nogi na nogę, wcinającą cudem ocalałe ogórki kiszone, pozostawioną samej sobie na bezterminowe niezainteresowanie. Zawieszona w próżni społecznych norm, z każdym dniem na swojej pozycji pozostaje jakby bardziej niezręczna, poddana rytmowi wyznaczanemu przez absurd i autorytet. Łoźnicowski Donbas pozostaje sukcesem właśnie przez tę niewytłumaczalną alienację dusz i świadomości, która dla nieprzystosowanych jednostek okazać się może karą gorszą niż niejedno przestrzelone płuco. Dobrze przynajmniej, że wschodni Słowianie są doskonałymi adaptatorami.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?