Advertisement
banner

High Life – Odyseja Kosmiczna Człowieka

Warte uwagi science-fiction dociera do Ziemi dosyć rzadko. Może przez zagubiony sygnał gdzieś w odmętach Andromedy, może za sprawą kiepskiej konkurencji na rynku kosmicznej telekomunikacji. Może w końcu dlatego, że w miarę rozwoju filmowej technologii, twórcza ręka grzebiąca w worku międzygwiezdnych konwencji prędko spotkała dno, a wprowadzanie realnie ludzkich problemów na pokład statków wydawać się może tyle kosztowne, ile ograniczające. Na całe szczęście, co kilka lat ktoś, jakby przypadkiem, wydaje na świat swoje własne Moon czy High Life – umowne, wysmakowane, a w końcu głęboko człowiecze lewitowanie z samym sobą poza czasem i przestrzenią.

 

Najnowsze dzieło Claire Denis wzięło wszystkich z zaskoczenia. Ceniona za emocjonalne miejskie kino na styku artyzmu i obyczaju, nagle postanowiła zabrać się za wnętrza technokratycznej zniewalającej maszyny. Zwisające z sufitu kable a’la Solaris splatają się tu z korzeniami pieczołowicie pielęgnowanych owoców i warzyw. Przez znaczną część filmowej akcji owa pielęgnacja, zarówno ogrodu jak i własnej dojrzewającej latorośli, obijająca się echem o zastój samotności i pustkę pomieszczeń, wypełnia życie głównemu bohaterowi; jest dla niego jednocześnie elementem więziennej resocjalizacji, co ucieczką przed bezczasowym szaleństwem. Zaokienna próżnia i efektownie przyciągająca czarna dziura w opozycji do ocierających się o pretensję wywodów –  tak wysmakowane podglądanie robotycznie mutującego Roberta Pattinsona początkowo przybiera w formie coś jakby z Malicka. Poznanego w momencie pozbywania się zahibernowanych ciał współpodróżnych bohatera obserwować mamy jednak w High Life tyle jako metodycznie pracujący trybik, ile stopniowo dehumanizującego się członka załogi w prezentowanych narracyjnym zaburzeniem reminiscencjach.

High Life

Fot. materiały prasowe

Filmowe motto zostaje obnażone dosyć prędko, gdy w jednej ze scen bohaterowie definiują swoje przerażenie kosmosem, jako jednoczesne przybliżanie się i złudzenie oddalania. Na takich właśnie paradoksach Denis tworzy cały świat High Life: ucieczka z Ziemi zestawiona z niewolą statku, spełnione pragnienia powiększające jedynie tęsknotę do czasów ich niespełnienia, mozolne parcie do celu, o którego bezcelowości wiadomo przecież od samego początku. U reżyserki kosmos nadaje uczucie niesłabnącej klaustrofobii, a ludzkie instynkty zaczynają służyć same sobie. Nadzorująca statkiem Juliette Binoche z pipetą separuje seksualność od prokreacji, nadając tym samym obu wstydliwego posmaku naukowych procesów. Załoga High Life, grupa skazańców decydująca się na międzygwiezdną rehabilitację, prędko orientuje się w swojej sytuacji podglądanego królika doświadczalnego, obdzieranego kolejno ze wszystkich poziomów człowieczeństwa. Niepisana zasada międzyludzkiego zdystansowania doprowadza do swoistego ewolucyjnego nawrotu; przez skłonności do gwałtów i oddawanie nasienia za pokrzepiający narkotyk, do niemalże allenowskiej kapsuły seksualnej przyjemności, obnażającej ludzkie ułomności w starciu z postępem mechanizacji. Denis zamienia kobiety w wadliwe inkubatory na niechętne do przyjścia na świat potomstwo, mężczyzn z kolei, anektując ich przyjemność na rzecz naukowej depozytorni wydzielin, pozbawia celu, skazując na nieuzasadnioną agresję i nieograniczoną czasem stagnację.

High Life

Fot. materiały prasowe

W tak dobitny pesymizm z czasem wstępuje dziecko, wyrastające z kolei już jedynie na samotności Pattinsona. Dziecko, które w swojej nieprzewidywalności ukrywa urozmaicenie, nadzieję i, przede wszystkim, okruchy człowieka. Za ścianą sklejanego jakby z dykty statku, którego skafandry bardziej przypominają halloweenowy strój niż realny mundur, Denis decyduje się nie kryć krajobrazu ziemskiego pod warstwą umownej grawitacji czy zmartwień o prawa fizyki. Jej kosmos od początku ma odbijać ten bliższy, ludzki, a mniej lub bardziej oczywiste metafory – wyraźnie korespondować ze społeczno-życiową prozą. Tak pusty i wyzuty z kierunku żywot astronauty prędko nieświadomie zaczyna rymować się z naszym, gdy kolejne dni kończą się obowiązkowym lakonicznym raportem do milczącego komputera, a potem zaczynają całodziennym ceremoniałem obowiązków, błahych radostek, wzajemnych urozmaiceń i spojrzeniem w milcząco wyczekującą otchłań. W miarę fabularnych perturbacji tak głęboko poszukiwany cel okazuje się wszak bezdyskusyjnie tym odgórnie narzuconym, od początku realizowanym przez czuwający kosmodrom. A my, przystrojeni skafandrami astronauci, przesuwamy się monotonnie w przestrzeni, a im bliżej jesteśmy, tym jeszcze dalej się czujemy.

Kino Pod Baranami

Film zobaczony dzięki uprzejmości Kina Pod Baranami

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?