IO – recenzja Marsjanina na budżecie, czyli nowego dramatu SF od Netfliksa

Masło w pokojowej temperaturze pozazdrościłoby konsystencji IO, najnowszej produkcji Netfliksa. To dramat w mieszance klimatów postapokaliptycznych i SF. Brzmi dobrze, jednak dobre nie jest. Ani jako dramat, ani ciekawa postapokalipsa, ani tym bardziej wciągające SF.

Ludzkość niespodziewanie zaczęła wymierać w skutek niespodziewanej zmiany w atmosferze. Trujący amoniak duszący ludzi we śnie zmusił tych, którym udało się przetrwać do ekspresowej ucieczki z Ziemi. W ramach misji Exodus sto statków wyleciało w przestrzeń kosmiczną i utworzyło stację kosmiczną orbitującą wokół jednego z  księżyców Jowisza – Io.

Na Ziemi pozostały jednak niedobitki, żyjące popularyzowaną przez profesora Waldena nadzieją uczynienia Ziemi ponownie zdatną do życia. Wśród nich także główna bohaterka – Sam, córka wspomnianego naukowca. Jej życie podzielone jest między prowadzone badania nad pszczołami i roślinnością, a zbieraczymi wyprawami do pobliskiego miasta. Ten rytm zaburza wizyta nieoczekiwanego gościa. Podróżujący balonem powietrznym Micah zmierza na pokład ostatniego ze statków Exodus mającego zebrać ostatki ludzkości na stację kosmiczną.

Trzeba przyznać, że główny wątek brzmi ciekawie, szczególnie, że Sam, grana przez Margaret Qualley, jest nerdem z krwi i kości. Nawet na ramionach ma wytatuowany m.in. wzór ewoluowalności Nowaka. IO mogłoby zatem być idealnym materiałem przekładającym często niezrozumiały naukowy bełkot na bardziej zrozumiałe słowa. Tłumacząc tym samym np. zmiany klimatyczne, czy złożoność i delikatność inteligentnego życia. Zamiast tego, twórcy sięgnęli po inny bełkot – filozoficzny i postanowili ciągnąć niczym masło po toście romantyczną breję o Ziemi postanawiającej pozbyć się ludzkości ze swojej powierzchni.

IO

Fot. materiały prasowe

Zobacz również: Diablo. Wyścig o wszystko – recenzja bardzo pozytywnego zaskoczenia!

Tymczasem widz, zupełnie jak te masło na chlebie, rozpływa się w senności coraz mniej zainteresowany mdłymi dialogami między bohaterami. Większość scen skupia się w małych przestrzeniach. Nie czuć w nich jednak dusznej atmosfery końca świata, kurczącego się zapasu tlenu w jednej z ostatnich ludzkich enklaw. Bardziej jest to klimat weekendu na odludziu bez prądu i dostępu do Internetu, do którego zmusili nas rodzice. Zatem siedzimy w tej rozlatującej się chatce, szukając sobie zajęcia, chociaż wolelibyśmy posiedzieć przy komputerze i w coś pograć.

Podobne odczucia wydają się mieć aktorzy. Margaret Qualley chociaż ma przebłyski wiarygodności, przez większość czasu snuje się tu i tam z cielęcą miną, jakby sama zastanawiała się, jak dała się wplątać w ten projekt. Z kolei Anthony Mackie, grający Micah, chyba nawet nie próbował stać się wiarygodny. Może dobrze wypada w roli pobocznego superbohatera, partnerując jako Falcon Kapitanowi Ameryce, jednak samodzielnie staje się niewiarygodną kłodą. Ponadto między tą dwójką nie ma ani grama chemii. Micah podobnie jak Sam chodzi z miejsca na miejsce, kurczowo ściskając ramię nieodzownego plecaczka, prowadząc powolne i totalnie nieciekawe dialogi. Momentami ciężko jest nawet uwierzyć, że byli na tym samym planie, bo każde mówi jakby do lustra, a miałkie filozoficzne stwierdzenia rzucane są w próżnię.

IO

Fot. materiały prasowe

Nie warto też wgłębiać się w świat przedstawiony, bowiem ten chwieje się na wątłych nóżkach, gotów rozlecieć przy pierwszym pytaniu. Skąd wziął się w atmosferze amoniak? Ile właściwie lat minęło od katastrofy i ucieczki ludzkości? Dlaczego orbitują wokół Io, a nie Ziemi czy jakiejkolwiek innej planety lub księżyca? Nie znajdziemy odpowiedzi na żadne z tych pytań, a jeżeli już padnie jest pokraczna i niekonkretna. Nie jestem ekspertem, ale zwiększenie stężenia amoniaku w atmosferze raczej nie objawiałoby się fioletowym płomieniem, którym bohaterowie sprawdzają czy można zdjąć maskę z tlenem. Ponadto zmieszany w powietrzem staje się wybuchowy, czego dowiecie się nawet z Wikipedii. A Jowisz obserwowany z Ziemi na pewno nie jest widoczny w takim HD, tym bardziej jego księżyce, czy orbitująca wokół nich tycia stacja kosmiczna.

Zobacz również: Glass – recenzja pierwszego, wielkiego rozczarowania 2019 roku

IO

Fot. materiały prasowe

IO jest puste oraz nudne i zdecydowanie podnosi poprzeczkę w kategorii Najbardziej nieudana produkcja Netfliksa. Moje odczucia chyba najlepiej obrazuje scena z Brickiem z serialu Pępek świata, oznajmiającego, że nie spodziewał się niczego, a i tak jest rozczarowany. Jeżeli natomiast macie problemy ze snem lub z jakiegoś powodu lubicie słuchać niepotrzebnie powolnych dialogów kręcących się tu i ówdzie postaci, możecie poświęcić te półtorej godziny. Ostatecznie może znajdziecie pewną radość w jednej czy dwóch ambientowych nutach, jakie poleciały w tle czy poprawnych, ale oklepanych zdjęciach.

Dziennikarka

Z wykształcenia antropolożka kulturowa. Z pasji graczka, filmożerczyni i mól książkowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

milluk pisze:

oglądałem, nawet nie zauważyłem że się skończył. Przeleciał mi przez pustkę w głowie, nic nie zostawił, zapomniałem już, jaki miał tytuł.

Miłosz pisze:

Zmarnowane 1,5 godziny. Mogłem w tym czasie zrobić coś znacznie bardziej emocjonującego np. eeee… Cokolwiek. Dosłownie. Ciekawy początek, mdławy środek oraz za przeproszeniem gówniane zakończenie.

sunspot pisze:

I jeszcze ta poprawnośćwylewająca się z każdego meijsca w netlfixie. Nowy czarny Adam i biała Ewa.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?