Advertisement
Advertisement

Irlandczyk – recenzja długo oczekiwanego filmu Martina Scorsese | BFI LFF 2019

Mafia, przemoc, wartości rodzinne, wiara, pokuta i grzech – wszystkie motywy, który widzieliśmy już wcześniej w filmach Martina Scorsese, skupiają się jak w soczewce w jego najbardziej ambitnej produkcji. Irlandczyk to również spotkanie ze starymi znajomymi z jego poprzednich tytułów reżysera: De Niro, Pacino i Pesci grają tu najlepsze role od lat. I pomyśleć, że gdyby nie hojność platformy streamingowej Netflix, nigdy nie zobaczylibyśmy jednego z najlepszych filmów tego kultowego już twórcy.

Scorsese, który mówił o tym projekcie bardzo długo, borykał się z zebraniem odpowiedniej kwoty na produkcję, a może raczej – cyfrową postprodukcję – tego obrazu. Twórcy Taksówkarza zależało na tym, żeby ta obejmująca pięćdziesiąt lat historia miała tych samych aktorów grających postacie w wieku 30., 50. i 80. lat. Więc nie wystarczyło zatrudnić jakiegoś młodziaka do roli De Niro czy Pesci’ego, ale cyfrowo odmłodzić podstarzałe już ikony. Żadna tradycyjna wytwórnia filmowa nie chciała zaryzykować kolejnej produkcji o gangsterach spod ręki Martina, aż pojawił się Netflix. I być może w projekcie tym producenci widzieli coś, czego we współczesnym (superbohatersmkim) kinie często nie uświadczymy. Długich, organicznie rozwijających się, skupionych na postaciach opowieściach o dylematach moralnych i religijnych, dziejących się na tle prawdziwej historii, utkanych zapadającymi w pamięć dialogami, niespodziewanym humorem i… smutkiem.

Zobacz również: Irlandczyk – zwiastun wielkiego powrotu gigantów!

Radykalna decyzja streamingowego giganta na pozwolenie Scorsesemu na realizację filmu takiego, jaki chce, powinna przynieść im przede wszystkim splendor, bo z ograniczonej dystrybucji kinowej produkcja na pewno się nie zwróci (mowa o kwocie około 150 milionów dolarów). Z łatwością mogę wyobrazić sobie Irlandczyka nominowanego do Złotych Globów i Oscarów i zgarniającego kilka nagród. Jest to również jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku, którego posiadania w swojej bibliotece powinno skusić wielu miłośników kina do zapisania się, albo pozostania w jej szeregach.

Z Irlandczykiem najlepiej jednak zapoznać się na wielkim ekranie. Pieniądze, które włożono w stworzenie dopracowanej do perfekcji scenografii, detali wnętrz, ulic i budynków, są równie ważne, jak cała ta odmładzająca technologia. I choć nie działa ona do końca w każdej scenie (te szklane oczy…) i o wiele bardziej cenię sobie efekty praktyczne z postarzaniem postaci, dość szybko przestaje to być problemem w obcowaniu z filmem. I praktycznie od pierwszego ujęcia, w którym igła gramofonu opada na płytę i daje znak do rozpoczęcia pięknego tracking-shotu we wnętrzu domu późnej starości, od ekranu nie możemy oderwać wzroku. W tej trwającej trzy i pół godziny produkcji nie brakuje scen, w których wstrzymujemy oddech, niespodziewanych wybuchów przemocy, gorących dyskusji, ale również pełnych zadumy i smutku ujęć, w których czas płynie nieubłaganie dla wszystkich postaci. Epicki w swojej tematyce, epicki w czasie trwania, epicki w wizualnym stylu. Scorsese w tym wypadku jest bardzo konsekwentny.

Kadr z filmu Irlandczyk / fot. Materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Irlandczyk / fot. Materiały prasowe / Netflix

Siedzący w wózku inwalidzkim Frank Sheeran (Robert De Niro) wspomina swoje życie. Otoczony reliktami z przeszłości: sygnet, złoty zegarek, stare fotografie. Mężczyzna rozpoczyna swoją opowieść od wyjazdu do Detroit na ślub córki dobrego przyjaciela. Jedzie tam razem z Russellem Bufalino (Joe Pesci) oraz ich dwiema żonami. Podróż potrwa trzy dni, łącznie z częstymi przerwami na papierosa. Obie kobiety kopcą jak smoki, a Russell nie pozwala palić w swoim Cadillacu. W tych tragikomicznych scenkach jest coś groteskowego, ujmującego i przerażającego, bo wiemy, że nie mamy do czynienia z dwoma spokojnymi staruszkami. Jeden z nich może i malował domy, ale wcale nie tak, jakby mogło się to wydawać.

Podróż na ślub jest pretekstem do kolejnych wspomnień, które przywołuje Frank. Pierwsze spotkanie z Russellem, zupełnie przypadkowe, gdy był kierowcą ciężarówki na początku lat 60., a starszy od niego Bufalino pomógł mu ją naprawić na drodze. Takie zdarzenia ciągną się za Sheeranem niczym zbiegi okoliczności w życiu Forresta Gumpa. Jedno spotkanie prowadzi do robienia przysługi Felixowi „Chudej Brzytwie” DiTullio (Bobby Cannavale), by wpędzić go w tarapaty, z których wyciąga go prawnik Bill Bufalino (Ray Romano). Ten zaś przedstawia go Russellowi, który zarządza lokalnymi mafiozami, a odpowiada przed władającym wschodnim wybrzeżem Angelem Bruno (Harvey Keitel). Stąd już tylko rzut beretem do poznania Jimmy’ego Hoffy (Al Pacino), szefa związków zawodowych, który nigdy nie gardził pomocą swoich dobrze postawionych mafijnych kolegów.

Frank, który zaczyna karierę od kierowcy i chłopca na posyłki, szybko łapie, na czym polega zabawa, wykorzystuje swoje zdolności do wykonywania coraz brudniejszych zadań. Szefom podoba się jego prostolinijność i lojalność, a nawet gdy popełni błąd, potrafi się do niego przyznać i przeprosić. “Kiedy ma się czwórkę dzieci i żonę, to trzeba coraz więcej zarabiać, żeby utrzymać rodzinę” – tłumaczy nam swoje postępowanie. Jak jednak wyjaśni po latach swojej córce fakt, że na jej oczach pobił i połamał rękę właścicielowi sklepu za to, że ten skarcił dziewczynkę za złe zachowanie?

Kadr z filmu Irlandczyk / fot. Materiały prasowe / Netflix

Kadr z filmu Irlandczyk / fot. Materiały prasowe / Netflix

Na Sheerana, który jest narratorem Irlandczyka, trudno patrzeć jednoznacznie. De Niro, w najlepszej roli od lat (choć nie miał zbyt wygórowanego zadania, żeby przebić takie arcydzieło jak Co ty wiesz o swoim dziadku?) używa skromnych środków wyrazu, by stworzyć swoją postać. Jest małomówny, spokojny i posłusznie wykonujący polecenia. Można rzec, że to pracownik miesiąca, a może i roku (pod koniec filmu otrzymuje nawet nagrodę życia za swoją ciężką robotę). Jednak to, co robi – groźby, pobicia, szantaże, morderstwa, podpalenia, brutalne tępienie konkurencji – nie wydaje się wpływać na jego zachowanie. Może jest socjopatą, może zmieniły go doświadczenia wojenne. Frank nie boi się władzy, policji, sądów, konkurencji, ale czuje respekt przed swoimi przełożonymi. Oraz boi się śmierci i samotności. To człowiek, którego bardziej przeraża wizja bycia przysypanym toną ziemi albo bycia skremowanym, niż pozbawienia życia kilku osób siedzących w restauracji.

Ostatnia faza filmu, w której schorowany mężczyzna próbuje bezskutecznie wyciągnąć rękę do swojej córki Peggy (Anna Paquin), naprawdę łamie serce. Przez całe życie Sheeran był zbyt głupi, żeby zrozumieć, jak jego decyzje wpłynęły na życie jego najbliższych. Nie potrafi pojąć znaczenia grzechu i w swoim postępowaniu nie widział nic złego. Jak może otrzymać rozgrzeszenie za coś, co nie było nigdy dla niego przewinieniem. Tym byłoby donoszeniem na swoich szefów, które jest chyba największym świństwem, ale nigdy się nim nie skalał.

Paquin gra jedną z najmocniejszych, choć nie do końca satysfakcjonujących postaci w filmie. Szkoda, bo w takim Kasynie Sharon Stone była równie ważna, co Pesci i De Niro. Peggy nie ma zbyt wielu kwestii (powraca tu podobny problem, co z Margot Robbie u Tarantino), ale jej spojrzenia mówią wszystko. Jest w nich smutek i pogarda dla ojca, który zaprzedał duszę diabłu, wdając się w kontakty z mafią. Jest w niej żal za stracone lata, stres, kłamstwa i życie w nieustannym napięciu. To jedyne znaki tego, jak na obraną przez bohatera drogę reaguje jego rodzina. Bo tytułowy Irlandczyk za głęboko ma głowę w swoim tyłku, żeby to zauważyć.

Zobacz również: El Camino: Film „Breaking Bad” – recenzja filmowej kontynuacji jednego z najlepszych seriali wszechczasów

Finałowa część filmu, która jest prawdziwym rozrachunkiem z poglądami reżysera na sprawy grzechu i wiary, nadaje wcześniej oglądanej historii zupełnie innego kontekstu. Pierwsze czterdzieści pięć minut produkcji, będące wprowadzeniem w historię, oraz następujące po tym półtoragodzinna zasadnicza część opowieści, mają trochę inny charakter. Niczym w Chłopcach z ferajny czy Kasynie oglądamy, jak wygląda życie mafiozów. Poznajemy kolorowe charaktery i charakterki tego światka (każdy otrzyma krótką notkę biograficzną, z dołączoną datą i przyczyną śmierci – na palcach jednej ręki doliczyć się można tych, którzy odeszli z przyczyn naturalnych), rządzące nim brutalne zasady i lojalność, cenioną ponad wszystko.

W tym szalonym świecie Russell Bufalino jest spokojną ostoją zasad i logiki. Grający go Joe Pesci tworzy niemal antytezę wybuchowych i sadystycznych postaci z poprzednich filmów Scorsese. Jest w jego oczach inteligencja, spokój i swego rodzaju dobroć, choć inaczej postrzegana w jego świecie. Kiedy oglądamy go, jak z czasem zmienia się w tracącego zmysły dziadzia, kraje nam się serce. Nie dziwi mnie fakt, że po dziewięciu latach na emeryturze Pesci zdecydował się wrócić właśnie teraz, grając w tak wyśmienity sposób tak skomplikowaną osobę.

Prawdziwą maszyną napędową Irlandczyka jest Al Pacino, który operuje na zupełnie innej skali, niż jego koledzy. Aktor oscyluje nawet na granicy pastiszu, nigdy jej nie przekraczając. Jego Jimmy Hoffa to prawdziwa gwiazda rocka: głośny, pewny siebie, władczy, nieznoszący sprzeciwu. Trzymający związki zawodowe twardą ręką, umiejący się wygadać z prawie każdej sytuacji, pokazuje też swoje łagodne oblicze podczas spotkań rodzinnych – szczególnie czule traktuje Peggy, która jest dla niego niczym córka. Jednak to jego upartość doprowadzi go do tragedii. Po powrocie z więzienia będzie starał się odzyskać władzę z rąk oślizłego Anthony’ego Provenzano (świetny Stephen Graham), ale te podchody nie spodobają się władającym mafiozom. Pacino oddaje charyzmę swojej postaci, ale nie raz przebija z tego wizerunku smutek, bo wiemy doskonale, że wisi nad nim klątwa. Zadzieranie z gangsterami to przecież taniec z diabłem. Mało kto wychodzi z niego żywy.

Irlandczyk

Kadr z filmu Irlandczyk / fot. Materiały prasowe / Netflix

Szkatułkowa konstrukcja opowieści Irlandczyka nie jest zbyt oryginalna, ale Scorsese robi z niej bardzo naturalny użytek. Nie sili się na szybkie cięcia, efekciarskie momenty, nie pędzi na łeb na szyję z rozwijającą się akcją, nie nie skacze szalenie z jednej opowieści do drugiej. Filmowi bliżej Wiekowi niewinności czy nawet wybitnemu Milczeniu, niż Kasynu, choć wyrasta z tej samej materii, co Chłopcy z ferajny. Znakomitą pracę wykonała Thelma Schoonmaker, montażystka produkcji, dzięki której nie gubimy się ani na chwilę w tej monstrualnej w proporcjach opowieści, wielości wątków i postaci.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy trwający 209 minut film to nie za dużo. Pozwolę sobie zostawić to bez jednoznacznej odpowiedzi, czy nie można by trochę odchudzić czasu trwania, nie tracąc zbyt wiele z jego sensu. Wahanie tą pomoże rozwiać drugi seans, kiedy film trafi już do dystrybucji. Podobne odczucia miałem po Pewnego razu w… Hollywood, który dopiero po kolejnym obejrzeniu pozwolił mi naturalnie zanurzyć w oglądany na ekranie świat. A ten w Irlandczyku jest wyjątkowo bogaty. Jeden seans to za mało, żeby do końca docenić jego piękno. Oraz cisnący się z każdego kadru smutek, skomplikowane i fascynujące postacie większych niż życie herosów, którzy odeszli do przeszłości. Świat mafiozów, który jak mało kiedy jest bardziej alienujący i odrażający, niż gloryfikujący przemoc i łatwe pieniądze. Wszystko to spod ręki twórcy, który jest żywą legendą tego gatunku. Który jest równie oddany swojemu fachowi u schyłku życia, co na początku kariery. Właśnie dla takich ludzi jak Martin Scorsese kochamy kino.

Irlandczyk otworzy 10. American Film Festival we Wrocławiu 5 listopada.

27 listopada film zadebiutuje na Netflixie.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?