Jak najdalej stąd – recenzja drugiego filmu Piotra Domalewskiego! Święta się skończyły

Do tej pory Piotr Domalewski szerszej polskiej publice zaprezentował się głównie jako tabloidowy obserwator kompleksów. Jego Cicha noc, niosąca za sobą zresztą sporą ilość sprzedanych biletów, była próbą destylacji wszystkich motywów polskości występujących w najbardziej brodatych dowcipach, kabaretach czy wujkowych wywołanych alkoholem obserwacjach. Powstał więc obraz sentymentem sięgający do kina Smarzowskiego, ale od nadmiaru narodowych smaczków całkowicie aoglądalny, męczący i, co w sumie najprzykrze, sromotnie przegrywający w próbie zdefiniowania „polskości”, oferując zamiast tego jej syntetyczną, anegdotyczną wizję. Szczęśliwie Jak najdalej stąd ma wyraźnie mniejsze ambicje, a jednocześnie znacznie trafniej łapie momenty naszej narodowej wyjątkowości.

I choć „narodowa wyjątkowość” w filmie Domalewskiego portretowana jest z właściwym sobie cudzysłowem, sięgając w tym celu do społecznych absurdów, lęków i komizmów, ani przez moment polskie sreberko nie przykrywa tu mocy samej historii. W odróżnieniu od zbiorowej, diagnostycznej Cichej nocy najnowszy film reżysera znacznie spójniej koncentruje się na jednej, dość intymnej opowieści. Oto bowiem nastoletnia Ola żyje w klimacie polskiej szarości, rodzinnego rozbicia, uzależnienia od papierosów i, najważniejsze, nieopanowanej potrzeby posiadania samochodu. Ta czterokołowa maszyna od początku wyraźnie staje się silnikiem całej opowieści, rzucając bohaterkę w różne geograficzne i emocjonalne okoliczności, zawsze pozostając faktycznym jak i złudnym celem, by dalej iść do przodu. Motywator dość silny, zwłaszcza biorąc pod uwagę skalę ciężaru narzuconej na Olę drogi – w swojej podróży do Wielkiej Brytanii będzie musiała zmierzyć się z nigdy nieodczuwanymi emocjami, stratą, masą niezrozumiałych dla nastolatki formalności i pustką portfela, która jeszcze bardziej pusta zdaje się po przewalutowaniu („Pięć dych za paczkę fajek, chyba cię po****ło?!”).

fot. materiały prasowe/ Forum Film Poland

Mimo pozorów Jak najdalej stąd nie jest jednak „kolejnym smutnym polskim filmem”. Głównie dlatego, że w opowieści Domalewskiego nie czuć tym razem kalkulacyjnego fałszu; szare bloki nie mają dołować, finansowe problemy nie mają budzić współczucia, śmierć nie ma wilżyć oczu. Tak sformułowanie założenia może i sugerują odbiorczą apatię, ale paradoksalnie to właśnie z chłodnym spojrzeniem na filmowe wydarzenia łatwiej będzie nam utożsamić się z percepcją bohaterki. Ta przez cały seans może być jednak dość zagadkowa – jej zmęczone spojrzenie, eksplodująca niespodziewanie agresja i zaskakująca determinacja składają się na postać fascynującą, ale do samej końcówki filmu nieodgadnioną, niedopasowaną do społecznego klucza, niezrozumiałą. Ola jest outsiderką zarówno wśród rodziny, jak i przyjaciół; zarówno we własnym, polskim otoczeniu, jak i „najdalej stąd”, w kontaktach z brytyjską emigracyjną rzeczywistością. W odróżnieniu od Cichej nocy Jak najdalej stąd nie jest już zupełnie opowieścią o wspólnocie, staje się wręcz jej całkowitą antytezą – zbiorowość jest tutaj jedynie sumą składowych, każdej z prywatną motywacją, każdej samodzielnie podchodzącej do walki o przetrwanie w ekonomicznie wycieńczającej rzeczywistości. Indywidualizm tak silny, że pomoc przyjmowana jest z niekomfortową podejrzliwością, a ofiarowana często pod równie nieprzyjemnym przymusem. Tak silny, że kontakt międzyludzki zawsze wiąże się z wysiłkiem i głębokim wydechem zmęczenia, a inicjowany jest tylko dla załatwienia aktualnie niezbędnych spraw. W tak bolesnym krajobrazie Domalewski znajduje jednak nadzieję, która wydobyta w momencie filmowej kulminacji odblokowuje zatkane pokłady piękna i skrapla je na widzowskiej twarzy, jakoś tak tuż pod aparatem wzrokowym.

Wiedząc o tym, warto jednak pamiętać, że Jak najdalej stąd to nie tylko film do płakania. Domalewski zaskakująco trafnie oddaje młodociany folklor kapturów i niechęci do policji, ma świetny zmysł inscenizatorski, a większość jego humorystycznych pomysłów to jednocześnie interesujące społeczne obserwacje. Bohaterowie filmu nie są już przerysowanymi sylwetkami powracającymi dla gagowego impetu, a krwiokostnymi ludźmi, którymi odbiorca jest w stanie się przejąć, a nawet, jeśli ma wolę, próbować się utożsamić. Nawet tak głęboko zanurzone we własnym jednowymiarowym ekranowym jestestwie postacie jak Jakubik czy Preis zostają z korzyścią ograniczone przez reżysera, tworząc jedne z niewielu wiarygodnych, skupionych na detalu i naturalności sylwetek w swoich karierach. Jak najdalej stąd to więc nie tylko tytuł odzwierciedlający głęboką potrzebę eskapizmu bohaterki, ale też dobrze podsumowujący poprawę scenariuszowych i artystycznych walorów samego Domalewskiego. Od takiego kina nie warto uciekać, a jak najdalej to już w ogóle.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?