Advertisement Advertisement
banner

John Wick 3 – recenzja filmu, który zakończył kino gatunkowe

Choć przez te wszystkie lata funkcjonowania kinematografu jego rola i natura zmieniała się w zależności od postępujących trendów, teoretycznych rozważań i technologicznych możliwości, to każdy etap tego niewątpliwego rozwoju naznaczała jedna i ta sama zasada wierności prastarej, lumiere’owskiej atrakcji widzialności. Niezależnie bowiem od momentu w historii kino zawsze było dostarczycielem wojerystycznej przyjemności obcowania z obrazem, którego istota mogła być co prawda różna, ale zawsze pochodziła z tej samej ludzkiej, perwersyjnej potrzeby podglądania. Nic więc dziwnego, że wraz z uszczegóławianiem i udoskonalaniem metod i technik filmowego wyrazu, potrzeba ta wzmagała się, a apetyt na „coraz więcej” rósł z każdym kolejnym „przełomem”, wpędzając nas ostatecznie w spiralę odbiorczego hedonizmu konsumowanego przez tzw. kino rozrywkowe.

Wśród wielu jego przedstawicieli w ostatnich latach na swoistego hegemona wyrósł natomiast John Wick – małomówny zabójca o twarzy Keanu Reevesa, którego konwencja śmiertelnego herosa znalazła wielu rozgorączkowanych entuzjastów. Pierwsza część jego śmiercionośnych przygód stanowiła w ich oczach nową jakość w gatunkowym kinie akcji, stanowiąc depozyt pewnych klasycznych struktur narracyjnych przy jednoczesnym, samoświadomym przetwarzaniu ich na język kinematograficznej współczesności. Przy drugiej twórcy, niejako rozochoceni pozytywnym przyjęciem oryginału, poszli o krok dalej, przedstawiając nam swą własną mitologię zdarzeń, która ostatecznie scementowała wyjątkową, eskapistyczną konwencję serii. Czym zaś jest finał tej zabójczej trylogii, John Wick 3? To ekstatyczna sodomia wizualnej rozkoszy, w której grzeszności rozpływamy się niczym mieszkańcy archetypicznego, biblijnego miasta w prostytucji i alkoholowej rozpuście.

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

Użycie w odniesieniu do trzeciej części wyświechtanego i niewiele mówiącego sformułowania, że wzięto to, co dobre w poprzednich odsłonach i zrobiono wszystkiego „więcej, mocniej i lepiej” oddałoby istotę sprawy w sposób co najmniej niepełny. John Wick 3, podobnie jak jego poprzednik, startuje z wysokiego C, a pierwsze 40 minut seansu stanowi peek performance w wykonaniu reżysera Stahelskiego i całej ekipy choreograficzno-operatorskiej. Odrealnione, fantazmatyczne zdjęcia wsparte o estetykę neonów i blur shooting wytwarzają wokół poczynań Johna mistyczną wręcz aurę duchowej rewengi, a pomysłowe – pomimo swej wtórności – koncepty wykorzystania przestrzeni i atrybutów postaci owocują jedną z bardziej widowiskowych i „filmowych” w wojerystycznym tego słowa znaczeniu potyczek serii (vide pojedynek w wąskokorytarzowym muzeum broni białej). Co dodatkowo już na tym etapie daje o sobie wyraźnie znać, to fakt, że twórcy postanowili nie blokować swych krwiożerczych fantazji, okraszając niemal każde starcie brutalnym, krwistym, a momentami zahaczającym nawet o estetykę gore ciosem krytycznym, którym Wick przedziera się przez kolejne hordy swych przeciwników. Ekskomunika, jak widać, to już nie zabawa dla dzieci.

Zobacz również: Siedzący słoń – recenzja czterogodzinnego hiperdepresanta

Rozwój pomysłu na serię widać również w sferze wspomnianej mitologii zdarzeń. Stahelski nie tylko bowiem wykorzystuje wszystkie dotychczasowe symbole uniwersum (insygnia, monety, ekskomuniki) w stopniu co najmniej eksploatacyjnym, ale dodaje do nich nowe, dotychczas pozornie niepozorne (członkowie Rady Najwyższej) lub całkowicie przedtem nieznaczące (instytucja Sędziego). W tym też przejawia się pewna słabość „trójki”, bo choć dzięki tym symbolom uniwersum pęcznieje, nabierając co raz wyraźniejszych rys i kształtów, to zarazem wprowadza chaos do dotychczas prostej, nieskomplikowanej opowieści. Kiedy więc motorem napędowym pierwszej części był absurdalny, acz czytelny motyw zemsty, tak część trzecia odsłania już iście metafizyczną stronę działań zabójców, a szczególnie samego Jonathana.

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

W tym szaleństwie byłaby widoczna pewna metoda na zreformowanie powoli gnuśniejącej narracji Johna Wicka i – gwoli ścisłości – właśnie w tym kierunku zdawał się podążać wzrok twórców, ale w ostateczności – ku małemu, choć w ostatecznym rozrachunku niewiele znaczącemu rozczarowaniu – wszystko wraca do wickowej normy. Gdzieniegdzie widać straszliwy pęd i chęć upchnięcia jak największej ilości atrakcji w jednym filmie, co działa na tego filmu zdecydowaną niekorzyść w formie jego barokowego przepychu fabularnego i średnio satysfakcjonujących (głównie poprzez brak szerszej ekspozycji) rozwiązań finałowych. Znaleźliśmy się bowiem na takim etapie historii, gdy seria zaprzestała starań o względy widza i gdy zaczęła już ów względy konsumować, wobec czego wszystko to, co do tej pory mogliśmy traktować z przymrużeniem oka, zaczęło dawać o sobie znać do tego stopnia, że dalsze ignorowanie przestało być możliwe. Jeszcze przed rokiem krytyka Johna Wicka pod kątem scenariusza wydawała się czystym absurdem. Dziś powinna stać się normą.

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

fot. Thunder Road Pictures, Lionsgate

Nie zmienia to jednak faktu, że w swym ulotnym, afektywnym wpływie John Wick 3 pobrzmiewa w wyobraźni widza ciągłym, zmasowanym atakiem na zmysły i to wciąż stanowi o jego niepodważalnej wartości. W dobie mody na generyczne, klasyczne pod względem struktury i po prostu nudne superbohaterskie filmy akcji taka wciąż eskapistyczna, acz okraszona niepowtarzalną postacią wizualnej uciechy seria stanowi doskonałą i jakościową dlań alternatywę. Pomimo więc zgubnego wpływu scenariuszowej indolencji oraz pomniejszych, ale też znamiennych (bo wcześniej tu niedoświadczanych), bolączek technicznych pokroju zbytnio wyeksponowanego CGI, trzecia odsłona dostarcza prawdziwej, nieskalanej przyjemności widzialności, której znaczenia kino nigdy nie mogło przecenić. Bo ku temu właśnie ono powstało – by służyć perwersyjnej potrzebie „patrzenia”.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Najbardziej tajemniczy członek redakcji. Nikt nie wie, w jaki sposób dorwał status redaktora współprowadzącego dział publicystyki i prawej ręki rednacza. Ciągle poszukuje granic formy. Święta czwórca: Dziga Wiertow, Fritz Lang, Luis Bunuel i Stanley Kubrick.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?