Johnny English: Nokaut – recenzja kiepskiej komedii z genialnym Rowanem Atkinsonem

Komedia szpiegowska to jeden z tych gatunków, które przestały mnie bawić już dobrych kilka lat temu. Do kolejnych, potencjalnych hitów w tej kategorii podchodzę z dużą rezerwą. Umówmy się – ciężko wymyślić coś nowego i świeżego gdzieś, gdzie od dobrych kilkunastu lat dostajemy te same dowcipy, krążące wokół wyświechtanej fabuły. Oczywiście, zdarzają się rzadkie perełki, aspirujące może nie do klasyki gatunku, ale na pewno produkcji wartej uwagi, że wspomnę tu o Agentce albo kontrowersyjnym Grimsby. Czy trzecia część przygód najbardziej fajtłapowatego agenta w historii, Johnny English: Nokat, przywraca blask gatunkowi?

Johnny English, parodiujący serię filmów z Jamesem Bondem, składał się dotychczas z dwóch, zaskakująco dobrych filmów. Nie zdziwi więc nikogo, że po trzeciej części spodziewać się można było poziomu zbliżonego do poprzedniczek. Niestety, jeśli mieliście podobne myślenie, na sali kinowej spotka was to samo, ogromne rozczarowanie, co mnie. Johnny English: Nokaut nie sili się, by zaprezentować świeże podejście do tematu, bazuje na sprawdzonym (a co za tym idzie – nudnym) schemacie i sprawia wrażenie robionego wyłącznie celem łatwego zarobku.

Zobacz również: 7 uczuć – recenzja nowego filmu Marka Koterskiego z festiwalu w Gdyni!

Johnny English

Fot. materiały prasowe

Johnny English, emerytowany agent służb brytyjskich, uczy obecnie w szkole, a na swoich lekcjach dużą część czasu poświęca przekazywaniu wiedzy szpiega swoim uczniom. Gdy jednak Wielka Brytania pada ofiarą ataku cybernetycznego, jedyną nadzieją pozostaje English. Johnny English. Rowan Atkinson, kojarzony przede wszystkim ze swojej kultowej roli Jasia Fasoli, ma na koncie kilka innych, pamiętnych kreacji – Czarną Żmiję, Enrico Polliniego z Wyścigu Szczurów czy właśnie naszego ulubionego agenta Jej Królewskiej Mości. Atkinson ratuje tą produkcję jak tylko się da, ale jego cudowny talent nie na wiele się zdaje w konfrontacji z tragicznym scenariuszem i kiepską reżyserią.

Szkoda więc, że gdy w końcu widzimy odtwórcę Jasia Fasoli na dużym ekranie (ostatni jego występ w 2011 roku, w drugiej części Englisha skądinąd), dostaje on materiał z góry skazany na porażkę. Podejrzewam, że nawet najbardziej zatwardziali fani komedii szpiegowskich uznają dzieło Davida Kerra za nieudane, choć w tym miejscu trzeba oddać, iż Johnny English Strikes Again potrafi w kilku miejscach niezwykle umiejętnie rozśmieszyć. Przewaga nieudanych dowcipów oraz tandetnej, żeby nie powiedzieć prostackiej fabuły i jej rozwiązań, okazuje się jednak miażdżąca.

Zobacz również: Wybieramy najlepszy film wakacji 2018!

Johnny English

Fot. materiały prasowe

Johnny English: Nokaut nie wprowadza żadnych innowacji czy świeżych pomysłów; swoim archaicznym stylem i miałką fabułą, przywodzi na myśl średnie komedie z przełomu wieków i daleko mu do czegoś jakościowego. Polski podtytuł tej części – Nokaut – ma więc tu niezwykle trafne, a zarazem smutne odzwierciedlenie.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Redaktor

Początkujący scenarzysta, zapalony publicysta i sfiksowany popkulturowiec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Czę100chowa napisał(a):

Wczoraj obejrzałem trzecią część Englisha – dla mnie tragedia. W skali od 1 do 10 dałem 3 choć zastanawialem się czy to i tak nie zaduzo.. szkoda.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?