Kapitan Marvel – recenzja originu, którego nie potrzebowaliśmy

Trudno przypomnieć sobie film Marvela, wokół którego narosło tyle kontrowersji. Wystarczy wspomnieć aferę związaną z ocenami na Rotten Tomatoes czy wypowiedzi samej odtwórczyni głównej bohaterki. Czas jednak odłożyć na bok te sprawy, tak samo jak wszelkie materiały promujące te ostatni film przed hucznym finałem 3. fazy MCU.

Kapitan Marvel to pierwsze od naprawdę dłuższego czasu klasyczne origin story (dobrze, w ubiegłym roku pojawiła się Czarna Pantera, tyle że tam tytułowy superheros został już wcześniej przedstawiony w Wojnie bohaterów). Poznajemy Carol Danvers (Brie Larson) jako członkinię elitarnego oddziału Kree, która wskutek pewnego wypadku utraciła pamięć o swoim wcześniejszym życiu. Zostaje wysłana wraz ze swoim liderem (Jude Law) i resztą drużyny na pewną misję, której konsekwencje totalnie przewartościują jej kompas moralny.

Kapitan Marvel

kadr z filmu Kapitan Marvel

Z początku możemy odnieść wrażenie, że twórcy filmu próbują nas otumanić. Teraźniejsza akcja z pierwszych kilkudziesięciu minut zostaje sumiennie poprzebijana szybkimi flashbackami, które na wyścigi ukazują nam wycinki przeszłości Carol. Nie pomaga również rwana dynamika narracji, polegająca na tym, że albo skaczemy po różnych odległych od siebie kompozycji (z futurystycznej planety Kree do powierzchownie nakreślonej Ziemi lat 90.). Jednak w końcu – a to głównie dzięki pojawieniu się na horyzoncie Nicka Fury’ego (Samuel L. Jackson) – udaje nam się wejść w serwowaną nam przez duet reżyserski Anna Boden-Ryan Fleck opowieść. Wszechobecny, typowo marvelowy humor pozwala jako tako zniwelować doskwierające znużenie formą (o ile wytrzymamy czasem nazbyt inwazyjne salwy powtarzających się żartów z kotem). Brie Larson również zdaje egzamin, grając wygadaną, czasem szarżującą przyszłą superheroskę, która stara się odnaleźć swoją tożsamość w gąszczu zagadek przeszłości.

Kapitan Marvel

kadr z filmu Kapitan Marvel

Mamy zatem pewną myśl przewodnią i z pozoru ważne dla późniejszych wydarzeń starcia nieco na marginesie różnych światów. Co w tym wszystkim gryzie najmocniej? W głównej mierze poczucie, że ten film został stworzony na siłę, bez żadnej ważkiej potrzeby fabularnej. Co zasadniczo jest dość ciekawym wyczynem, biorąc pod uwagę fakt, że Boden i Fleck starają się wcisnąć gdzie się da różne wyjaśnienia pewnych kluczowych zdarzeń w MCU. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że gdybym nie znał mało porywających faktów z życia dużo młodszego Fury’ego (kuriozalne przyczyny noszenia pirackiej opaski na oko przemilczę nie tylko ze względu na unikanie spoilerów), nie straciłbym zbyt wiele. Nieporozumieniem jest również plastikowe odmłodzenie agenta Coulsona (Clark Gregg), który w dodatku ma tak marginalną rolę, że równie dobrze mogłoby go nie być.

Kapitan Marvel

kadr z filmu Kapitan Marvel

Panosząca się na każdym kroku pretekstowość Kapitan Marvel odznacza się niemal na każdym kroku. Wydumany, całkowicie czarno-biały konflikt w głównym wątku w zasadzie nie zmienia w żaden sposób spojrzenia na czasy późniejsze. Nawet dość mocny plot twist z postawieniem na głowie komiksowych realiów jest w gruncie rzeczy wstępem do konwencjonalnych, przewidywalnych rozwiązań. Nasza bohaterka nie dostaje praktycznie żadnego większego wyzwania, przez co im dalej w las, tym trudniej emocjonować się sytuacjami, w których zyskująca swoją niesamowitą potęgę Danvers roznosi w pył praktycznie każdy wrogi element stojący jej na drodze. Nie pomagają również zaledwie poprawnie nakreśleni bohaterowie drugoplanowi, posiadający zazwyczaj jedną-dwie cechy na krzyż (szczególnie boli zmarnowany potencjał u Jude Lawa i Annette Bening). I choć możemy się nieraz pośmiać z czasem nawet dość kreatywnych humorystycznych scen, czy wciągnąć w pojedyncze sceny walk, za dużo tutaj przeciętności.

Kapitan Marvel to jeden z najbardziej zbędnych filmów w historii Marvel Cinematic Universe. Nie jest produkcją z gruntu złą, posiada swój urok, który przynajmniej chwilami może się podobać, jednak nie sposób nie odnieść wrażenia, że całość to po prostu przydługa próba wyjaśnienia relacji Danvers z Furym, wyjawionej w jednej ze scen po napisach w Wojnie bez granic. Cała reszta, choć powinna mieć niebagatelny wpływ na uniwersum, jest na siłę doklejonym, mało interesującym konfliktem z nudną protagonistką. Miło przynajmniej, że świętej pamięci Stan Lee otrzymał specjalny trybut od Marvel Studios. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że bracia Russo lepiej wykorzystają talent Brie Larson w zbliżającym się już Końcu gry.

Ilustracja wprowadzenia: Marvel Studios

Zdaniem innych redaktorów:

Redaktor

Miłośnik literatury (w szczególności klasycznej i szeroko pojętej fantastyki), kina, komiksów i paru innych rzeczy. Jeżeli chodzi o filmy i seriale, nie preferuje konkretnego gatunku. Zazwyczaj ceni pozycje, które dobrze wpisują się w daną konwencję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Bazyl pisze:

Nie jestem w zdanie dodać nic konstruktywnego, prawdopodobnie dlatego że z tego co mi wiadomo film jeszcze nie jest dostępny dla zwykłego szarego widza, a w każdym razie ja sam go nie widziałem, jednak muszę przyznać że zrobiła na mnie spore wrażenie literówka w nagłówku. Zgaduję, że chodziło o „ten” ostatni film. Z całą pewnością jest to o niebo lepsze dziennikarstwo od wszystkich artykułów krytykujących ludzi za to, że mieli czelność krytykować ten film, dlatego boli mnie to podwójnie.

Natiiii3 pisze:

Filmy świetny, warty obejrzenia.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?