Advertisement

Kursk – recenzja filmu złego tam gdzie się tego nie spodziewałeś

Zdaje się, że nic dla reżyserskiej siły nie jest tak wielkim wyzwaniem, jak twórcza emigracja. Wchłonięcie przez obcą kulturę często owocuje bowiem wchłonięciem samego talentu – w innym języku dialogi brzmią często jakoś mniej literacko (tutaj przykład obrandzlowanego 1893), trudniej się z ekipą dogadać, a swoboda autorskich wizji wbrew pozorom częściej znajduje twardy mur rzeczywistości, niż glorię przyklasku wielkich studiów. Niestety, na jednego Larsa von Triera przypada tuzin niezwykle przykrych odparowanych Wong Kar Waiów, gubiących swoją wielkość pod zdwojonym budżetem. I, jak same przykłady wskazują, nie chodzi tu absolutnie o kunszt reżyserski; prędzej o szczęście natrafienia na odpowiednio brzuchatych kapitalistów w ten kunszt wierzących. Kursk na tej linie granicznej desperacko lawiruje, ale finalnie chyba zwycięsko nie spada w odmęty twórczego zmarnowania.

I trudno się Thomasowi Vinterbergowi dziwić, że po latach dominacji na duńskiej scenie poszedł w ślady swojego mentora Triera szukać szczęścia w zagranicznym kotle kończącego tęczę złota. Autor społecznie uświadomionego Polowania przy okazji Kurska, skuszony wielkim budżetem przez samego Luca Bessona, nie wyrzeka się na całe szczęście reżyserskiego warsztatu dla zostania sowicie obdarowanym rzemieślnikiem. Jego najnowszy film, choć dużo głębiej zanurzony w post-spielbergowskiej upolitycznionym dramacie, wciąż na pierwszy plan wysuwa psychologicznie dojrzałe wzajemne wpływy jednostki i społeczności. Pozimnowojenna katastrofa Kurska służy Vinterbergowi do zobrazowania narodowej dumy i wytłumionych krzyków sprzeciwu, a także niejednoznacznej mentalnej ambiwalencji postaci u styku.

Kursk

Fot. materiały prasowe

Po wypłynięciu załogi podwodnej w morze filmowa perspektywa rozdziela się na trzy równoległe opowieści, z których ta potencjalnie najbliższa ludziom przeżarta zostaje mainstreamową tandetą, a ta dopuszczająca skrajności okazuje się najbardziej humanistyczna z nich wszystkich. Akcja drobnej rewolucji obywatelskiego nieposłuszeństwa z wojowniczą matką Lea Seydoux na czele w swoim proteście trzyma się jedynie zziębniętych postulatów, wytracając scenariuszową wiarygodność z prędkością podwodnej torpedy. Papierowe sylwetki wałęsają się po nowohuckich osiedlach, unoszą się na konferencjach, a przede wszystkim karmią się najbardziej nieznośnymi schematami wojennymi, mimo że o wojnie wszyscy w Kursku starają się zapomnieć. W odniesieniu do nich dziwi natomiast subtelność uwięzionych na dnie morza marynarzy okrętu podwodnego, którzy pomimo ciężkiej sytuacji budują krytyczną wspólnotę nieustannej zorganizowanej walki o przetrwanie. Motyw zagarnięty z niemieckiego Okrętu w filmie Vinterberga zyskuje na niejasności psychicznych konwenansów. Przesiąknięci klaustrofobiczną nieuchronnością bohaterowie radzą i nieradzą sobie w sobie i wobec siebie, wewnętrzne rozdygotanie w chwilach szczytu przekłada się na to fizyczne, a udawany spokój co rusz gubi maskę między kolejnymi spojrzeniami niepokoju. Mimo to zaskakuje głęboka precyzja skryptu w oddaniu niesłabnących nawet w takich chwilach zależności systemowych jego wyrobników. Tam gdzie cywile wszczynają bunt, tam żołnierze marynarki rozumieją państwową wagę swojej sytuacji. Ich wewnętrzne frustracje nie wypływają na zewnątrz przez miks strachu konsekwencji i wiary w sprawę, a osobista podmiotowość często zastępowana jest jednak rosyjską przedmiotowością. Z trzeciej strony wątek samych władz i prób międzynarodowych interwencji pod kopułą uproszczeń też daje Vinterbergowi niewielkie pole do archeologii społecznych niepewnych relacji, pozwalając nie wpadać zanadto w podkładane czarno-białe świnie scenariusza.

Kursk

Fot. materiały prasowe

Największym problemem Kurska staje się więc nie tyle brak pomysłu, co konflikt w ich jednoczesnej realizacji. Napakowany mnogością wielowątkowych perspektyw film powinien dać widzowi możliwość obiektywnego odbierania katastrofy, ale przez ideową bezkompromisowość scenariusza cała tak udanie zaprojektowana na modłę Dunkierki konstrukcja tragicznie się kruszy. Na Vinterbergowski obraz składa się rzeczywistość owładnięta skrajnym niedofinansowaniem, rzeczywistość anty-ludowej dyktatury, która odrzuca interwencje strzegącego pokój zachodu. Dwa obozy, z jednej strony egalitarnej Europy, z drugiej egocentrycznie urażonej Rosji, reprezentowane są wszak przez kolejno eleganckiego dobrotliwego Colina Firtha i skostniałego Maxa von Sydowa. W tej boleśnie zbędnej propagandzie bardzo ironiczną okazuje się decyzja, by wszyscy Rosjanie mówili w Kursku po… angielsku. A szkoda, bo takie podejście do historii rozlewa niesmak na masę dobrych elementów filmu; świetną stronę techniczną i inscenizację, moralnie wątpliwy humor wyławiany od czasu do czasu dla podbudowania niepokoju, w końcu wywalczoną pewnie długimi kłótniami poza planem subtelność dramatyczną.

Kursk

Fot. materiały prasowe

Podmywany wzajemnie przez rewelacyjne i fatalne rozwiązania, Vinterbergowski Kursk może nie tonie, ale dryfuje co najwyżej wielokrotnie złożonymi obietnicami, że mogło być znacznie gorzej. W jakiś sposób pokrzepiające okazuje się, że rdza która przeżera okręt nie pochodzi z próchnicy tandetnego mainstreamu, a podtapiającej łódź klasycznej propagandówki. Aż głupio oglądać film o szkodliwej wschodniej społecznej ideologii, będąc tym samym indoktrynowanym z drugiej strony politycznego spektrum. Oglądając Kursk ma się wrażenie że zimna wojna jeszcze się nie skończyła. A szkoda trochę, bo tak długo w mainstreamie z utęsknieniem czekam na wiosnę.

Zdaniem innych redaktorów:

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?