Mayday – recenzja komedii z Adamczykiem i Woronowiczem!

Jeśli spojrzycie na zaplanowane premiery polskich filmów w pierwszym kwartale 2020 roku, to czeka nas trudny okres. Warto zawczasu zadbać o zawartość barku w domach, żeby później za bardzo nie cierpieć po niektórych seansach. Póki co jedną z pierwszych takich premier jest Mayday – przyzwoita produkcja czy początek złej passy?

To ciekawa sprawa, bo film został zrealizowany na podstawie scenicznego przeboju. Sztuka Raya Cooneya została świetnie przyjęta zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych. W Polsce była w repertuarze ponad 20 teatrów i nadal przyciąga publiczność w różnych miastach. Z jednej strony mamy więc samograj, ale z drugiej teatr to przecież nie kino i materiał źródłowy trzeba odpowiednio dostosować do potrzeb innego widza. Humor sytuacyjny, tak dobrze wypadający na scenie, niekoniecznie będzie bawił w równym stopniu na wielkim ekranie.

Mayday

fot. materiały prasowe

Mayday to opowieść o prowadzącym podwójne życie taksówkarzu Janku. Jego dwie żony nie wiedzą o swoim istnieniu. Ma perfekcyjnie przygotowany grafik tak, żeby nie pogubić się w codziennych czynnościach. Po niespodziewanym wypadku trafia do szpitala i sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. Jak widać, jest to komedia oparta na humorze sytuacyjnym i korzystająca z absurdalnego punktu wyjścia. Piętrzące się kłamstwa oraz rozpaczliwe próby ratowania obu związków będą doprowadzać do coraz większych nieporozumień. W całą historię zostanie wplątany inspektor policji, sąsiad Janka i gangsterzy próbujący odzyskać swoje pieniądze.

Zobacz również: Najlepsze filmy i seriale 2019 okiem redaktora naczelnego Tomasza Rewersa

To co wyróżnia film Sama Akiny na tle podobnych rodzimych produkcji to fakt, że jest właściwie komedią antyromantyczną. W tym świecie nie istnieją idealna miłość i rycerze na białych koniach. Główni bohaterowie to kłamcy i krętacze czerpiący satysfakcję z udanego manipulowania otoczeniem. W zakończeniu zamiast tradycyjnego parowania każdy spotka się raczej z konsekwencjami swoich działań. Iluzję rzeczywistości prezentowanej zazwyczaj w komediach romantycznych całkiem dobitnie podkreśla sekwencja rozgrywająca się na weselu. Wymarzony rolls-royce nie ruszy, a kamerzysta skupi się na czymś zupełnie innym. I tylko na Radka Liszewskiego wciąż będzie można liczyć, bo wejdzie na scenę i zaśpiewa swój największy weselny przebój.

Mayday

fot. materiały prasowe

Mayday opiera się w większości na humorze niskich lotów. Niemal każdy z gagów scenarzyści muszą docisnąć jeszcze bardziej, do granic możliwości. Jeśli ktoś pierdnie w samochodzie to wiadomo, że nie będzie można otworzyć szyb. Żart będzie wielokrotnie wracał aż do momentu, gdy jeden z bohaterów wyląduje twarzą obok tyłka drugiego. Nie wystarczy, że w wyniku nieporozumienia dwóch facetów będzie w całkowicie przerysowany sposób udawać gejów. Znajdzie się także scena, w której będą próbowali odpalić samochód bez kluczyka i z zewnątrz będzie to wyglądało co najmniej dwuznacznie. Nikogo chyba nie zdziwi, że najbardziej dramatyczna scena spuentowana zostanie dialogiem o krzywym członku. To wszystko może brzmieć jak narzekanie. Nie do końca tak jest, bo przynajmniej nikt tu niczego nie traktuje na poważnie. Film ma dobre tempo, akcja pędzi do przodu i nawet nie ma czasu na zażenowanie się nieudanym żartem, bo twórcy zaraz rzucają nam w twarz kolejnym.

Zobacz również: Pan T. – recenzja filmu opowiadającego o losach artysty w powojennej Warszawie

To już kolejny raz po Świętym interesie (pamięta to w ogóle ktoś?), kiedy Adamczyk i Woronowicz występują razem w rolach głównych. Trzeba przyznać, że mają chemię i wypadają przekonująco w relacji, która może w ułamku sekundy przechodzić od przyjaźni do nienawiści. Vis comica pierwszego z nich znamy już bardzo dobrze, ale to ten drugi, mniej wyskakujący z lodówki, trzyma film na swoich barkach, znakomicie bawiąc się swoją rolą. Jego kreacja polega na ciągłym udawaniu – farmera, poniżanego męża, Hannibala Lectera, a nawet kontrowersyjnego reżysera Bernardo Bertolucciego. Jestem pewien, że na planie było miejsce na improwizację i przyniosło to tym razem pozytywne skutki. Jedyna męska postać budząca sympatię to niedoceniany przez przełożonych policjant starej daty grany przez Andrzeja Grabowskiego.

Mayday

fot. materiały prasowe

To przykre, jak wielki problem scenarzyści polskich komedii mają z pisaniem postaci kobiecych. Aż się prosiło o to, żeby postaci żon miały tutaj cokolwiek ciekawego do zrobienia. Cokolwiek! Pomimo, że Książkiewicz gra tę silniejszą to obie można zdefiniować wyłącznie przez pryzmat dziecięcej naiwności. Rozpaczliwe próby nadania charakteru tym postaciom kończą się tym, że sceny z nimi wywołują największy zgrzyt zębów i zwalniają tempo akcji. Obie panie chciałyby zagrać coś dobrego, więc szkoda, że materiał pozwala im na to właściwie tylko w jednej scenie wspólnej rozmowy przy butelce wódki.

Mogło być gorzej, mogło być lepiej, a jest jak jest. Sceniczny rodowód zapewnił podstawę, której twórcy nie potrafili w pełni wykorzystać. Mayday jest sinusoidą i od początku do końca skacze od rozbawienia do zażenowania. Ma jednak udane fragmenty i aktorów, którzy znakomicie bawią się swoimi rolami. Może bardziej miarodajna od mojego tradycyjnego narzekania była pełna sala podczas przedpremiery i regularne wybuchy śmiechu publiczności.

Ilustracja wprowadzenia: materiały prasowe

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?