Mission Impossible: Fallout – recenzja niemożliwie dobrego filmu

Mission Impossible to jedna z niewielu serii, która trzyma naprawdę wysoki poziom. Jedynie druga część cyklu w reżyserii Johna Woo bardzo odstaje od reszty i wyszedł potworek, którego chciałoby się wymazać z pamięci. Na szczęście kolejne odsłony oferują już rozrywkę z najwyższej półki. Czy szósta już część podtrzymuje formę poprzednich misji niewykonalnych i nie dostaje zadyszki? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie w mojej recenzji.

Zacznijmy od tego, iż Fallout jest jedynym spotkaniem z agentem IMF- Ethanem Huntem, które ma związek z poprzednimi przygodami naszego bohatera. Owszem, przewijały się postaci takie jak Luther, Benji czy często wspominana żona Julia, ale fabularnie każda część opowiadała niezależną historię i razem nie wpływały one na scenariusz. Tu jest inaczej, to jawna kontynuacja Rogue Nation i poniekąd Mission Impossible 3, jednak widz nie znający poprzednich odsłon również odnajdzie się i nie poczuje się zagubiony w natłoku niezrozumiałych wątków. Oczywiście, fani serii poczują się jak w domu, czerpiąc radość z rożnych nawiązań. Ułatwienie dla osób nieznających serii jest plusem, ale z drugiej strony można narzekać na zbytnią ekspozycję słowną, która może delikatnie przeszkadzać fanatykom poprzednich filmów, opisując to, co dobre jest im znane. Można byłoby to zamienić na większą ilość scen akcji.

A nie ukrywajmy, że Mission Impossible to przede wszystkim ostra jazda bez trzymanki, pełna adrenaliny i popisów kaskaderskich. Zawsze wyglądało to niesamowicie, przy czym każda z odsłon nie kalkowała pomysłów ze swoich poprzedników, dzięki czemu nie uświadczyliśmy nigdy efektu wtórności. A i w tej nie będzie inaczej. Widowiskowość sekwencji jest tak samo nieprawdopodobna co zawsze. Jednak najbardziej karkołomnej misji niemożliwszej dokonał sam Tom Cruisie. 56-latek nie dość, że wiarygodnie wciela się od lat w postać niezmordowanego agenta, to do tego sceny kaskaderskie wykonuje zupełnie sam. Poświęcenie aktora dla tej roli jest olbrzymie i jeśli mamy tego świadomość to niektóre sceny, takie jak skok ze spadochronu, karkołomna jazda na motorze czy gonitwa po dachach były wykonywane naprawdę to film staje się dużo bardziej realny. Oczywiście, wiemy o tym, że nie jest mutantem z kości z tytanu i trzeba przymknąć oko na niektóre sceny, jednak wiedza, że odbyło się to bez pomocy dublerów zwiększa wiarygodność, a film ogląda się z jeszcze większym zaciekawieniem. Warto wcześniej zobaczyć making-off.

Kadr z filmu Mission Impossible: Fallout

Tom Cruise jest aktorskim filarem filmu, ale reszta  kompanów z planu dotrzymuje mu kroku. Każdy z nich to postaci z krwi i kości. Mają ważne role do odegrania, a wspólnie tworzą drużynę idealną. Simon Pegg w roli Benjiego wprowadza dużo humoru. Jego relacja z resztą drużyny nadaje lekkości. Fani serii zauważą jak ogromna przemianę przeszedł ten bohater – od zwykłego analityka pomagajacego z ustronnego, bezpiecznego miejsca zmienił się w prawdziwego agenta. Może i  ma pewne obiekcje do metod, ale za to nigdy nie odmówi akcji w terenie. Luther (Ving Rhames) to również nieodłączny członek drużyny. Nieprzerwanie od pierwszej części wzbudza sympatie i traktujemy go jako członka rodziny. Dobrze swoje 5 minut wykorzystuje Alec Baldwin oraz Michelle Monaghan. Szczególnie  pojawienie się tej drugiej ucieszy znawców serii, a jej wykorzystanie ma sens i nie zwalnia znacząco akcji. W obsadzie zobaczymy również Henry’ego Cavilla, wcielającego się w agenta Augusta Walkera. Trzeba przyznać, że swoją charyzmą, pewnością siebie i idealnym wczuciem w rolę nieco zagraża Tomowi Cruiseowi, zarówno jako aktor, jak i bohater. Gra postać, po której nie wiadomo czego się spodziewać, jego motywacje od początku nie są jasne. Powracający w swojej roli Sean Harris jako antagonista Salomon Lane również sprostał wyzwaniu. Numerem jeden i tak pozostaje niezmiennie Philip Seymour Hoffman z trzeciej części cyklu.

Fot. kadr z filmu Mission Impossible: Fallout

Scenariuszowo wszystko jest klarowane. Wiemy, kto jest celem, kogo należy uratować, co trzeba zdobyć i co wykonać, aby uchronić świat przed śmiertelnym zagrożeniem. A przynajmniej tak jest przez większość seansu. Jednak w pewnym momencie możemy poczuć się przytłoczeni nadmiarem pewnych zdarzeń. W tym samym czasie twórcy serwują nam taki mix twistów, który wydaje się totalnie chaotyczny i wrzucony bardzo na siłę, tworząc w naszej głowie nić wzorów jak do tego doszło i kto jest kim oraz jakie są motywacje bohaterów. Rozplanowanie ich w dłuższym czasie bardzo by pomogło, a kumulacja oraz tempo wydarzeń powoduje wybuch myśli, które sprawiają, że czujemy się zagubieni.

Film jest naprawdę długi, trwa 2,5 godziny, co wcale nie znaczy, że czas nam się dłuży. Twórcy bardzo konkretnie z niego korzystają. Sceny walki zostały dopracowane w każdym detalu. Widać tu posunięty krok do przodu względem poprzednich części, genialna scena walki w łazience z udziałem trzech osób ogląda się doprawdy wyśmienicie. Świetna praca kamery, master-shoty, wykorzystanie otoczenia sprawiają, że żałujemy zakończenia bijatyk. Operatorzy nie spieszą się, gonitwy, mordobicia, skoki z samolotu są wykonane nowatorsko i bez pośpiechu. Tom Cruise kradnie nieco czasu między wartka akcją i biciem po mordach przeciwników pokazując Ethana Hunta od strony człowieka, a nie tylko jako agenta do zadań specjalnych. Wiadomym jest, że bohater ten wierzy w takie wartości jak przyjaźń czy opieka nad bliskimi, jednak to właśnie w Falloucie pokazuje, że pojedyncze jednostki, niewinni ludzie są dla niego ważni. Nawet jeśli stawką jest zagrożenie misji. Może wydać się to niepotrzebne i sprawiać wrażenie rozciągnięcia fabuły o niepotrzebne sceny, jednak nie ma ich wiele, a dzięki nim poznajemy człowieka od zadań specjalnych zupełnie w innym świetle.

Fot. kadr z filmu Mission Impossible: Fallout

Misssio Impossible: Fallout to film niemożliwe dobrze udany. Rzadko która seria trzyma taki poziom przy kolejnych, dalszych częściach. Cechą wspólną są elementy, które pojawiają się zawsze, dzięki którym cykl jest rozpoznawalny od razu. Mowa tutaj o samoniszczących się  nagraniach, podszywaniu się pod innych ludzi za pomocą specjalnych  masek i oczywiście charakterystycznym motywie muzycznym. Jednak w dalszym ciągu jesteśmy zaskakiwani przez fragmenty, które są całkiem nowe. Ten dysonans jest umiejętnie użyty, jednocześnie wiemy, że wracamy do świta misji niewykonalnych poprzez jej stałe, niezmiennie punkty, ale też oglądamy z zapartym tchem pozostałe sekwencje i podziwiamy kreatywność twórców. Jeśli każda z kolejnych części będzie trzymała taki niezmienny poziom, to razem z Tomem Cruisem chętnie będę uczestniczył w jego karkołomnych misjach i przez kolejne 20 lat.

Stały współpracownik

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Adrian napisał(a):

czekam na ten film odkąd tylko dowiedziałem się że jest w produkcji. i co? i wyjeżdżam z kraju na 8 tygodni w przeddzień jego premiery w polskich kinach. Islandzkie miasto w którym spędzę te 8 tygodni nie ma kina. Los mnie uwielbia.

Aloyzo napisał(a):

Drugi raz spotykam się z filmem, gdzie nie pojawiają się sceny z trailerów. Film kapitalny z resztą jak każdy, choć może za dużo monologów.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?