Młody Ahmed (Le jeune Ahmed) I 19. MFF Nowe Horyzonty

Zaskakująco tegoroczne Nowe Horyzonty z hojnością traktowały odbiorców kinem społecznie zaangażowanym. Zaskakująco, bo na przykładzie niedawnych, wątpliwych canneńskich rozstrzygnięć pod postacią wymęczonego Ja, Daniel Blake czy Imigrantów trudno uwierzyć, żeby jednokrotne perełki (tu chociażby Assassination Nation) układały się w jakiś bardziej zwarty ciąg konkretnej tendencji. A tu proszę; abstrahując nawet od hiperinteresująco zmieniającego tony Parasite, w programie znalazło się miejsce zarówno na groteskowy post-kolonializm Bacarau, jak i uspokojonego w końcu nowego Ozona – Dzięki Bogu, wręcz romantycznie snującego historię traum kościelnej pedofilii. W tak bogatej wyliczance można bez trudności złapać pewien prąd. Uznani twórcy używają niekonwencjonalności, czasem nawet dla nich samych nowych i wyzywających, w celu odrdzewienia podgatunku i sprzedania atrakcyjnej pogadanki na nieatrakcyjne czasy. Ale oprócz tego są także bracia Dardenne i ich Młody Ahmed

Młody Ahmed

Fot. materiały prasowe

Młody Ahmed stoi od fali innowacji tak daleko, jak to tylko możliwe. W swoich środkach jest dokładnie tym samym, co uroczo stetryczałe rodzeństwo oferuje od zarania – solidną subtelnością i brakiem odpowiedzi. Dardennowie bowiem przecież od bardzo dawna przyglądają się francuskim społecznym nastrojom. Słowo “przyglądać” jest tu jednak nie bez znaczenia, ich zbiorowe obserwacje nigdy nie przybierają formy diagnozy, od kazania uciekając jak od ognia na korzyść bohaterów, krwiokostnych wrażliwców, uchwyconych w niesprzyjającej codzienności. Tu jednak zdają się z premedytacją wkładać kij w mrowisko. Na papierze film o młodym muzułmańskim ekstremiście, podsyconym religijnym upojeniem dla czynienia aktów terrorystycznych brzmi jak rozpętanie patriotycznej wojenki, podburzającej jedynie antyimigranckie zapędy. Młody Ahmed jednak nikogo nie oburzy, bo, jak zwykle, za dużo tu odsercowych wibracji do ofiary społecznych wahań i manipulacji.

Młody Ahmed

Fot. materiały prasowe

Można najnowszy film Dardenne’ów starać się potraktować jako układankę ukrytych pytań, gdzie widzowskie odpowiedzi stają się brakującymi elementami. Szukać ich w tak przecież znamiennym dla twórczości braci kompleksie zaginionego ojcowskiego autorytetu, europejskiej bierności wobec zmasowanego imigranckiego kryzysu, w końcu w groźbie religijnych interpretacji jako narzędzia do sterowania międzyludzkim zachowaniem. W takim odbiorze Młody Ahmed zdaje się jednak tracić, uwypuklając wady wyraźnej wtórności, dając iluzję prostych odpowiedzi na problemy świata, z bohaterów czyniąc figury-argumenty odwzorowujące współczesne nastroje. Ucieka tym samym gdzieś hen Dardenne’owski atut niewypreparowanego indywidualizmu, skupienia na podglądanej postaci i uczynienia z niej filmowego centrum. Dużo lepiej wszak obraz traktować jako samodzielny wstęp do behawiorystyki i obserwację bez szukania jednoznacznej motywacji, niemalże dokumentalnie zaglądając w życiowe momenty, zarówno ekstremum, jak i normalności. Wtedy znajdziemy w nim zatrzymane wahadło psychiki, które na samotność reaguje nienawistnym strachem wobec innych. Nie jako odpowiedź na ksenofobiczną nienawiść, ale indywidualną rozterkę; nie manifest, a etap w życiu.

Młody Ahmed

Fot. materiały prasowe

W niewyszukanej formie i niekiedy nudnej powtarzalności stanowisk jest przecież metoda, która zaczyna procentować w zderzeniu z empatycznym okiem ludzi stojących za kamerą. Zawarta w Młodym Ahmedzie czułość do przedmiotu podglądania, kontrastująca ze stylistycznym chłodem, od razu ustanawia ekranowe sympatie, uczucia tak niewytłumaczalnie dla widza silne, że żadne późniejsze zachowania i decyzje bohatera nie potrafią już ich zmienić. Reżyserski humanizm dosłownie wpływa na percepcję odbiorcy, każąc z miłosierdziem odnosić się do etycznych zakrzywień, błędnych decyzji, czy nawet przejawów okrucieństwa. Nie dla bezkonsekwentnego zapomnienia o wyrządzonych krzywdach, a dla przypomnienia ignorowanego z wygody faktu, że za każdym incydentem stoi przecież człowiek. W tym sensie Dardenne’owie okazują się być najlepszymi światowymi moralistami. A nie musieli nawet się odzywać.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?