Advertisement Advertisement
banner

Monument – recenzja metafizycznego horroru Jagody Szelc

Kiedy ponad rok temu Jagoda Szelc zgarniała najważniejsze nagrody festiwalu filmowego w Gdyni za Wieża. Jasny dzień, zwiastowaliśmy nadrodziny nowego, nieprzeciętnego talentu w polskim kinie. Nie tak długo później zadebiutował jej drugi film. Monument potwierdza, że Szelc ma unikalny głos nie tylko na skalę krajową. I tylko ostrzy apetyty na kolejne projekty tej młodej reżyserki.

Aktorskie filmy dyplomowe łódzkiej szkoły filmowej to nowa tradycja, która owocuje projektami różnej jakości. Od tych bardziej udanych, jak Śpiewający obrusik, do mniej przekonujących, jak choćby Kryształowa dziewczyna. Trzeba reżysera o wyjątkowym podejściu do materii, żeby oswoić to zadanie, które z jednej strony jest oczywistą pułapką (trzeba dać każdemu aktorowi szansę na zaistnienie w filmie), a z drugiej wyzwoleniem (pal licho utarte schematy!). I być może doceniłbym Monument gdybym nie wiedział, że ma on właśnie takie źródło powstania. Przy czym od razu zaznaczę – jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co udało się Jagodzie oraz grupie młodych aktorów osiągnąć. Przy minimalnym budżecie, przy zaostrzeniach dotyczących aktorstwa, wyszło z tego coś wyjątkowego. I boję się pomyśleć, co otrzymalibyśmy, gdyby do powstania tej produkcji dołożono kilka milionów złotych. Śmiem twierdzić, że byłoby to arcydzieło na miarę Noża w wodzie Polańskiego czy Salta Konwickiego.

Zobacz również: Kurier – recenzja nowego filmu Władysława Pasikowskiego!

Fabuła filmu nie oddaje do końca tego, co odczuwamy i oglądamy podczas seansu. Jest tu grupka studentów hotelarstwa, którzy busem podróżują do hotelu na odludziu, by odbyć tam praktyki. Od samego początku jest nerwowo i duszno. Niespokojna kamera łapie zmęczone i senne twarze. Atmosfery nie koi alkohol czy papieros. W całym nocnym zamieszaniu grupa zapomina o jednym studencie na stacji benzynowej. Ale rano budzą się na miejscu, przed hotelem. Szary, kubistyczny budynek stanie się ich koszarami na najbliższe dni. Niczym w wojsku sprowadzeni zostają do poziomu podłogi przez zarządzającą przybytkiem menadżerkę (Dorota Łukasiewicz-Kwietniewska). Odebrana zostaje im osobowość i unikalność. Mężczyźni otrzymują imię Paweł, a kobiety – Anna. Ubrani w wykrochmalone koszule i wyprasowane na kancik spodnie mają idealnie wpasować się w oczekiwane od nich role. Kelnerów, pokojówek, sprzątaczy, pomocy kuchennych. Te praktyki to senny koszmar każdego rekruta w wojsku. Nawet koty w Samowolce miały łatwiejsze życie.

Kadr z filmu Monument, reż. Jagoda Szelc / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Monument, reż. Jagoda Szelc / fot. materiały prasowe

Wolę opowiadać o tym, co Monument wywołuje w widzu, niż pisać o fabule. Nie do końca chcę psuć zabawę tym, którzy zdecydują się ten film wyszukać w kinach i obejrzeć. Bo im mniej wiemy, tym łatwiej będzie nam się w tą historię wciągnąć. Podobnie jak w przypadku Wieża. Jasny dzień, w pewnym momencie trzeba wyłączyć logikę, utarte szlaki myślenia o fabule i zwyczajnie dać się ponieść. Co mnie przekonało do filmu Szelc, to gęstniejąca z minuty na minutę atmosfera, coraz bardziej dziwaczne oświetlenie oraz poczucie bezczasu. Pisałem już o jej poprzednim filmie, że bardzo czuję u reżyserki Lynchowską wrażliwość, obcowanie z podświadomością, z czymś nienamacalnym, co jednak gdzieś ma sens. Logika koszmaru sennego, która w pewnym momencie zaczyna dominować, ma w sobie coś niewytłumaczalnie wyzwalającego. Przestajemy analizować, kalkulować, zaczynamy czuć. I w podobną stronę kieruje swoich aktorów Szelc.

Zobacz również: Szczęśliwy Lazzaro – recenzja unikalnego, pięknego, wyjątkowego filmu Alice Rohrwacher

Monument jest dosłowną kuźnią nowych talentów. Na naszych oczach rodzi się nowe pokolenie aktorów. W bólach, próbując wyrwać się z obowiązującego kieratu. Praca w hotelu jest dla nich prawdziwym resetem, albo lepiej – wymazaniem osobowości. Każdy z nich zostaje stłumiony przez swoją rolę, ma się do niej dostosować. Ale prawdziwym testem dla nas, widzów, a także dla samych postaci – oraz aktorów – będzie to, jak się z tego „upupienia” wyrwie. Jak odnajdzie swój głos, jak zbuntuje się przeciw zastanej rzeczywistości. Reakcje są przeróżne i naprawdę każdy z wykonawców dostaje swoją szansę. Fakt, że aktorzy operują na ekstremalnych rejestrach swojego warsztatu, od euforii po głębokie wycofanie, pokazuje tylko, że są świadomi tego, co muszą zrobić z otrzymanym na ekranie czasem – zrobić na widzu wrażenie. Kilkoro robi to lepiej, niektórzy gorzej i to jeden ze słabszych elementów produkcji. Podobnie jak fakt, że niektóre postacie zwyczajnie nie mają szans zaistnieć na tyle, żeby się nimi przejąć. Ale, mimo wszystko, cały ten dziwny układ działa w tym nietuzinkowym świecie wykreowanym przez reżyserkę. W tym szaleństwie jest metoda i Jagoda, kierując się wewnętrzną logiką, spaja ten dość epizodyczny film w jedną całość.

Kadr z filmu Monument, reż. Jagoda Szelc / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Monument, reż. Jagoda Szelc / fot. materiały prasowe

Tytułowy Monument można traktować dosłownie i metaforycznie. Przed hotelem stoi właśnie taka strasząca swoją powagą bryła, którą za zadanie studenci mają czcić i wielbić, doprowadzając ten zarośnięty mchem przedmiot do czystości. Tylko czy to szorowanie tego kamienia na kolanach do czegoś prowadzi? Dlatego Szelc zachęca do wyzwolenia się z tej zastygłej formy, do uwolnienia swoich uczuć, swojej tożsamości. A co za tym idzie, lepszego poznania samego siebie. Tylko wtedy można zaakceptować i zrozumieć swój los.

Gatunkowo film to mieszanka dramatu, dreszczowca, horroru i czarnej komedii. Stopniowo tracące się światło, wyblakłe zimne kolory, dziwne punkty widzenia kamery, swoiste zapętlenie i zdziwaczenie świata przedstawionego dodają metafizycznych walorów całej produkcji. Reżyserka celowo igra z naszymi przyzwyczajeniami, rzuca nam pewne tropy, tylko po to, żeby pozostawić więcej niedopowiedzeń, niż odkrytych kart. Finałowe sekwencja ma w sobie coś dzikiego, wyjętego z kina Andrzeja Żuławskiego. Ale mimo wielu porównań Monument pozostaje dziełem absolutnie autorskim. Awangardowo nowatorskim, prowokującym, niełatwym w odbiorze. Nie zdziwi mnie fakt, że ludzie wychodzić będą z projekcji kręcąc nosem. Na takie traktowanie zasługują tylko wyjątkowe filmy nietuzinkowych artystów. I Jagoda Szelc do takich właśnie się zalicza.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe / Velvet Spoon

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?