Mulan – recenzja filmu. Recyklingu ciąg dalszy

Po koronawirusowych kilkukrotnych przesunięciach premiery Mulan wreszcie zawitała do kin. Czy jest to wejście smoka, na które warto było czekać?

Oparty na chińskiej legendzie film przedstawia historię Hua Mulan – dziewczyny, która postanawia uchronić ojca od prawdopodobnej śmierci na polu bitwy. Przyobleczając się w jego oręż i ryzykując ścięciem głowy w wyniku demaskacji podaje się za mężczyznę, by walczyć na froncie  przed najeźdźcą usiłującym dokonać zamachu na cesarza. Mimo że wyjściowa fabuła jest podobna do oryginału z 1998 roku, to od pierwszych scen jednak widzimy spore różnice.

Mulan

Fot. mat. prasowe

Największą z nich i zarazem najbardziej kontrowersyjną jest to, czym główna bohaterka odznacza się spośród innych kobiet. Chodzi tutaj o tzw. chi, będące dla Mulan mniej więcej tym samym, co midichloriany dla Anakina Skywalkera – źródłem potężnej mocy, która pozwala dziewczynie na wykonywanie niesamowitych akrobacji, czy walkę z dużo silniejszymi i bardziej doświadczonymi w boju żołnierzami. Dla mnie to rozwiązanie zwyczajnie naiwne. Pozbawia film wiarygodności, którą nacechowana była animacja i dzięki której można było się identyfikować z protagonistką. W oryginale widzimy, jak przez ciężką pracę oraz trening w obozie Mulan z fajtłapy staje się pierwszorzędną wojowniczką. Tutaj potężne chi z miejsca czyni ją lepszą od pozostałych kompanów, co jest rozwiązaniem nieudanym, bo zwyczajnie odechciewa nam się kibicować osobie mającej sporą przewagę. W porównaniu do tej zmiany, brak dobrze nam znanej postaci Muszu, jest kwestią doprawdy marginalną.

Fot. mat. prasowe

W opozycji do Mulan mamy całkiem nową postać, Xiannniang – obdarzoną równie potężną mocą czarownicę, która zasila szeregi najeźdźcy z północy. W zamian za wsparcie wojsk Böri Khana ma ona mieć zagwarantowane miejsce w społeczeństwie, które nie będzie odrzucało kobiet wyróżniających się z tłumu i gdzie potężne chi nie będzie musiało być przez nie ukrywane. Motyw ten próbuje wpisać się w kinową erę postmeetoo przedstawiając umniejszoną rolę kobiet w świecie rządzonym przez mężczyzn, jednakże nie jest on poprowadzony na tyle dobrze, żeby zaliczyć go do zalet tej produkcji. A szkoda, bo pierwsze starcie na linii Mulan – Xianniang zapowiadało naprawdę interesujący wątek.

Fot. mat. prasowe

Po zwiastunach liczyłem także na dobrze poprowadzone walki inspirowane kinem wuxia. Niestety również na tym polu się bardzo zawiodłem. Choreografie nie są zbyt efektowne, a do tego pojedynki zostały potraktowane okrutnym ostrzem montażysty, przez co ich oglądanie zwyczajnie boli. W bitwach o większej skali nie czuć zaś  sporego budżetu, a tylko sporą dawkę CGI rodem z ostatniej części Hobbita. Na co zatem poszły te wszystkie pieniądze? Na pewno nie na scenografię, gdyż pod tym kątem produkcja również kuleje. Co z tego, ze czuć ten klimat dalekiego wschodu, skoro wszystko wygląda tutaj strasznie sterylnie, a co za tym idzie sztucznie. Problemem jest również muzyka, która jest kilka poziomów gorsza od soundtracku skomponowanego przez Jerry’ego Goldsmitha. Co prawda słychać lekkie mrugnięcia uchem do utworów, takich jak Zaszczyt nam przyniesie to oraz Lustro, ale nie ma co liczyć na tę epickość, która byla obecna podczas sceny, w której Hunowie wyłaniali się na horyzoncie.

Fot. mat. prasowe

Aktorsko też nie jest najlepiej, a najgorzej wypada  wcielająca się w tytułową wojowniczkę Yifei Liu. Przez cały seans wydawało mi się, że aktorka cierpi na syndrom jednej miny, z którego zasłynęła swego czasu Kristen Stewart rolą Belli w Zmierzchu. Niestety jej ograniczona mimika za nic w świecie nie oddaje tej dziarskości, którą urzekała nas jej animowana odpowiedniczka. Gra pozostałych aktorów również wypada co najwyżej średnio, aczkolwiek pochwalić muszę Li Gong wcielającą się w Xiannan oraz Jasona Scotta Lee, czyli filmowego Böri Khana. Donnie Yen oraz Jet Li zdają się grać zdecydowanie poniżej swojego talentu, zarówno aktorskiego, jak i kopanego.

Fot. mat. prasowe

Chyba żadnego z klasyków Disneya nie katowałem na VHS tak bardzo jak właśnie Mulan. Już jako dziecko czułem, że jest to jedna z najlepszych ich animacji ery z lat 90. Dzisiaj, po czasie,  jestem nawet skłonny stwierdzić, że jest to najlepsze dzieło wytwórni, które wyprzedziło w mojej czołówce Króla Lwa oraz Herkulesa. Poprzednie remake’i, których ostatnio dopuszczał się konglomerat sygnowany głową Myszki Mickey, eufemistycznie mówiąc, nie przypadły mi do gustu. Nie dość że brakowało w nich tej magii pierwowzorów, to jeszcze były produktami różniącymi się jedynie oprawą wizualną i nie silącymi się na dodanie czegoś nowego. Zwiastuny Mulan zapowiadały jednak spore zmiany, więc miałem nadzieję, że wyjdą one nowemu filmowi na dobre, a ja zmienię swoje podejście do recyklingowej polityki Disneya. Nic bardziej mylnego – film Niki Caro to po prostu kolejny odpad disneyowskiej strategii, w którym nie czuć ani trochę ducha oryginału.

Redaktor

W kinie szuka pozycji, która przebije Pulp Fiction, w telewizji - Breaking Bad oraz Rodzinę Soprano, w świecie gier - serie Bioshock oraz God of War.
Kontakt: d.dudek@moviesroom.pl

Więcej informacji o
,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Tomek pisze:

Pierwsza opina na którą natrafiłem a z którą pełni się zgadzam 🙂 Sceny walk czyli to co w takim filmie jest ważniejsze nie miały polotu, lekkości, mimo że film ma taki budżet to wcale tego nie odczułem w Azji bardziej pomysłowe sceny walk w filmach tworzono już w latach 80-tych i to wtedy za grosze 🙂 – Cóż może to efekt tego że zabrakło serca przy tworzeniu tego filmu, ostatecznie filmowi też wystawiłem trójeczkę.

Tak, jak napisał Tomek. Zdecydowanie zabrakło serducha w tym wszystkim. Pozostanę przy oryginalnym Mulanie i to do niego nadal będę z chęcią wracał.

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?