Pechowi szczęściarze – recenzja filmu. Klasa robotnicza idzie po swoje

Jestem wśród widzów uważających, że argentyńskie Dzikie historie Damiána Szifrona (wcale nie Almodovara, zapamiętajcie raz na zawsze!) zasługiwały na Oscara o wiele bardziej niż konkurująca z nimi Ida Pawła Pawlikowskiego. Dlatego z ogromną ciekawością zacząłem seans filmu Pechowi szczęściarze wyselekcjonowanego przez Argentynę do walki oscarowej w 2020 roku. Jak dobrze wiemy, w finałowej piątce znalazły się inne filmy, więc czy ojczyzna Leo Messiego została w tym przypadku skrzywdzona?

Zacznijmy może od tego, o czym opowiada film zrealizowany przez Sebastiána Borenszteina. Fermin Perlassi razem z najbliższymi znajomymi postanawia reaktywować miejscową spółdzielnię rolniczą. Przekonują innych mieszkańców do finansowego zaangażowania w nowy biznes. Udaje im się uzbierać prawie 160 tysięcy dolarów, które zostawiają w sejfie lokalnego banku. Fermin stara się jeszcze o pożyczkę, niezbędną do ponownego otwarcia spółdzielni, jednak zostaje zmanipulowany przez kierownika banku do wpłacenia wszystkich oszczędności na konto. W przeciągu kilku kolejnych dni Argentyną wstrząsa krach finansowy uniemożliwiający wypłatę pieniędzy. Fermin wraz ze znajomymi orientują się, że zostali celowo oszukani, a na ich nieszczęściu zarobił ktoś inny. Organizują więc akcję, mającą na celu odzyskanie oszczędności.

Pechowi szczęściarze

foto: Marcos Ludevid/materiały prasowe

Zobacz również: Czas łowów – recenzja filmu Netflixa. Ucieczka w noc

To oczywiście ledwie fabularny skrót, w którym ominąłem kilka istotnych wydarzeń determinujących dalszy rozwój historii. Pechowi szczęściarze zmieniają bowiem ton i konwencję, zaczynają się jak komedia o starcie biznesu a la Świat według Kiepskich, następnie zmieniają w przygnębiający dramat społeczny, aby wrócić na bardziej humorystyczne tory i stać się filmem o napadzie. Nie spodziewajcie się jednak szalonych rozwiązań i wielkich zaskoczeń. Borensztein nakręcił film w bezpieczny sposób antysystemowy, piętnujący zapatrzone w pieniądze jednostki, a nie jakieś konkretne regulacje państwowe. Scenariusz odwołuje się bezpośrednio do wielkiego kryzysu ekonomicznego w Argentynie w latach 1998 – 2002, a szczególnie tzw. Corralito. Wzrosło wtedy bezrobocie, rozpoczęły się strajki, a nawet upadł aktualny rząd. To recenzja, a nie wykład z historii argentyńskiej gospodarki, więc po więcej szczegółów zapraszam do internetu lub do książek, jeśli ktokolwiek je jeszcze czyta. W filmie więcej o biedzie się mówi, niż się ją jakkolwiek odczuwa. To oczywiście nie plastikowy świat znany z polskich komedii romantycznych, tylko twarda rzeczywistość, ale pozbawiona rozpaczliwej walki o to, żeby można było cokolwiek włożyć do pyska.

Pechowi szczęściarze

foto: Marcos Ludevid/materiały prasowe

Pechowi szczęściarze mają więc być przede wszystkim pokrzepiającą opowieścią o solidarności i sprawnie działającym kolektywie. Przyznajcie sami, prawie jak za towarzysza Gierka! Komunistyczne idee równości i wspólnoty wybrzmiewają tutaj zaskakująco mocno, a Borensztein opowiada w dosyć przewrotny sposób o rewolucji. Bogaty Manzi uosabia wszystkich dorabiających się na krzywdzie tych postawionych niżej w hierarchii społecznej. Natomiast Fermin wraz ze znajomymi biorą sprawy w swoje ręce, ale robią to bez użycia przemocy. Wtedy bowiem film skończyłby się w połowie, a oni zaprzeczyliby wyznawanym przez siebie wartościom. Gdy sami wspominają o anarchizmie lub peronizmie, robią to zazwyczaj w żartobliwy sposób. Co ciekawe, w swoich działaniach dywersyjnych bohaterowie inspirują się oglądanym na starym telewizorze obrazem Williama Wylera z 1966 roku – Jak ukraść milion dolarów. To dosyć oczywisty metakomentarz do tego, że sam Borensztein zapatrzony jest w kino amerykańskie. Dynamiczna ekspozycja, charakterystyczne postaci, zwolnione tempo – ktoś na pewno odrobił lekcje z klasycznych hollywoodzkich heist-movies. Narracja jest jednak o wiele wolniejsza, bohaterowie nie są specjalistami w tym fachu, a braki w doświadczeniu muszą nadrabiać zaangażowaniem i kreatywnością.

Zobacz również: The Eddy – recenzja serialu. Avengers paryskiego podziemia

Bardzo dobrą robotę wykonuje obsada na czele z międzypokoleniowym duetem Ricardo Darin i Chino Darin. Ojciec i syn są wiodącymi bohaterami tej opowieści, a uzupełnia ich cała galeria wyróżniających się postaci drugoplanowych. Szczególnie zapamiętuje się nestora argentyńskiego kina Luisa Brandoniego, którego w ewentualnym remake’u mógłby zastąpić jedynie Alan Arkin. Szkoda zupełnie jednowymiarowego czarnego charakteru i niewykorzystanego potencjału postaci kobiecych z niepotrzebnie forsowanym wątkiem romatycznym. Ciekawie jest za to muzycznie – zaczyna się od Straussa, a kończy na aranżacjach przypominających kompozycje Ennio Morricone. Nietrudno sobie zresztą wyobrazić podobny finał rozgrywający się na Dzikim Zachodzie pod warunkiem, że zmieniłoby się kilka szczegółów.

Pechowi szczęściarze

foto: Marcos Ludevid/materiały prasowe

Filmowi Borenszteina ciąży to, że reklamuje się go jako argentyńskiego kandydata do Oscara. Spodziewamy się potem produkcji nietuzinkowej, być może prowokującej do dyskusji. Pewnie sam chciałbym, żeby Pechowi szczęściarze byli bardziej ironiczni, niejednoznaczni i wymierzali silniejsze ciosy. Zapewne chwytają społeczną frustrację, którą zrozumiałbym lepiej, gdybym był rodakiem Messiego. Dorzucają do tego humor oraz przystępną formę, powoli rejestrując poczynania bohaterów. I bądź co bądź, zapewniają rozrywkę na dobrym poziomie.

Film dostępny na serwisach Cineman, Ipla i VOD.pl

Ilustracja wprowadzenia: Marcos Ludevid/materiały prasowe

Fan westernów, kina noir i lat 80. Woli pisać o filmach niż o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?